• facebook
  • rss
  • Fale nieszczęścia

    Ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 23/2015

    dodane 03.06.2015 00:00

    Pięć lat po wielkiej powodzi. Była to największa powódź w historii Sandomierza i okolic. W ciągu kilku tygodni dwie fale wysokiej wody wdarły się na kilka kilometrów od koryta Wisły. Blisko 24 tys. ludzi zostało poszkodowanych. Żywioł wyrządził też ogromne straty materialne.

    Było już dobrze widno, gdy zobaczyliśmy, jak woda przelewa się przez wał. Pobiegłem do domu, zabrałem żonę i dzieci do samochodu. Nic nie wzięliśmy ze sobą. Wywiozłem je do znajomych. Wracając po kwadransie, nie mogłem już dojechać do domu. Woda była wszędzie – wspomina pan Krzysztof z prawobrzeżnego sandomierskiego Koćmierzowa. To był mokry maj 2010 r. Lało od kilku dni. Wszyscy obserwowali, jak woda w Wiśle podnosi się z dnia na dzień. Na wiślanych wałach z godziny na godzinę robiło się tłoczno. Służby uspokajały, że na razie nie ma zagrożenia. – Nikt nie przypuszczał, że może przyjść taka woda. Wiele razy w poprzednich latach ogłaszano zagrożenie powodziowe, a nawet zalecano ewakuację, ale zawsze kończyło się dobrze. To chyba uśpiło naszą czujność. Nikt nic nie zabezpieczał, nie wywoził. Żyliśmy normalnym rytmem – opowiada Stanisław Kuchta z Wielowsi.

    Mało kto w to wierzył

    Dzień wcześniej Wisła dała pierwsze ostrzeżenie. – Najpierw poszedł wał na rzece Czarnej w Łęgu koło Połańca. To był efekt cofki. Wisła nie przyjmowała już wody z dopływających rzek, więc ich poziom błyskawicznie rósł i zagrażał okolicy. Woda z Czarnej zalewała wieś Łęg i szła na pobliską Elektrownię Połaniec. Wtedy rozpoczął się bój o jej uratowanie – wspomina pan Krzysztof, strażak z podpołanieckiej miejscowości Ruszcza. W gminie Łubnice pod Połańcem ludzie już nie pierwszy raz byli pod wodą. Gdy poszedł wał, była szybka ewakuacja najbardziej zagrożonych, a co zapobiegliwsi zdążyli wynieść najcenniejsze rzeczy na wyższe piętra budynków. Jednak pięć lat temu woda zaskoczyła wszystkich. Jej poziom był niespotykanie wysoki. – Tamtego popołudnia byłem pod Połańcem, aby zacząć organizować pomoc poszkodowanym. Późnym wieczorem wracałem do Sandomierza. Przychodziły niepokojące wiadomości. Fala na Wiśle nabierała mocy i wysokości. Było niemal pewne, że wały nie wytrzymają. W prawobrzeżnej części Sandomierza w nocy zarządzono ewakuację. Podstawiliśmy nasze autobusy z Caritas, aby wywoziły ludzi na lewą część miasta. Jednak mało kto wierzył, że przyjdzie tak duża woda. Przyznam się, że i ja w to nie wierzyłem. Pierwszą ewakuowaliśmy jedną z rodzin zastępczych – opowiada ks. Bogusław Pitucha, dyrektor diecezjalnej Caritas. Ranek 19 maja 2010 r. rozpoczął się ogólną paniką. Woda z rozerwanego wału w Kocierzowie w błyskawicznym tempie zalewała prawobrzeżną część miasta i zaczęła podchodzić pod dzielnice Tarnobrzega.

    Ratunkiem była ewakuacja

    – Niech sobie ksiądz wyobrazi, my mieszkamy niecałe 100 metrów od miejsca, gdzie pękł wał. Woda była u nas w ciągu kilku minut. Mieszkaliśmy razem z ojcem, który miał wtedy 90 lat. Brat tylko zdążył wypuścić konia ze stajni i ledwo wrócił do domu. Została nam ucieczka na strych. Słuchaliśmy, jak woda przewraca meble na dole. Przez okno na dachu patrzyliśmy, jak woda niszczy domy sąsiadów. Zabierała je jeden po drugim. Czekaliśmy na najgorsze. Na nas szedł główny nurt powodzi. Uratowało nas to, że dwa słupy elektryczne, przewracając się, wsparły się o nasz dom, na nich zatrzymały się wierzby, które wyrwała woda, i tak dom osłoniła przypadkowo powstała zapora. Do godz. 17.00 nikt do nas nie mógł dotrzeć, choć próbowały straż i wojsko ciężkimi amfibiami. Nurt był za silny i nie dawali rady. Dopiero córki podniosły alarm i wysłano po nas helikopter z pogotowia lotniczego. Ewakuowano nas z balkonu. Na poddaszu zostały pies i kot – przeżyły tydzień bez jedzenia – opowiada Mieczysława Kutyła z Koćmierzowa. Wielu mieszkańców prawobrzeżnego Sandomierza i Wielowsi nie chce rozmawiać o tamtych chwilach i przeżyciach. – Rozdrapuje ksiądz stare rany, a one nie do końca się zabliźniły. Za każdym razem, gdy ktoś mówi o dużych opadach, myślimy o powodzi. To wszystko w nas zostało – żali się Elżbieta Kuchta. – Tamtego dnia patrzyliśmy, jak na naszych oczach ginie dorobek naszego życia i byliśmy bezradni – dodaje. Woda bardzo szybko zalewała okolicę. Niektórzy mieli dosłownie tylko chwilę, by zabrać z domu najbardziej potrzebne i cenne rzeczy. Wielu mieszkańców Sandomierza, Wielowsi i innych okolicznych miejscowości nie chciało opuszczać domów. Chronili się na wyższych piętrach lub strychach. Jednak woda z godziny na godzinę rosła i wielu zmuszonych było do ewakuacji. – Gdy przyszła wiadomość o idącej wodzie, najpierw ewakuowałyśmy starsze i chore siostry z parteru na piętro. Potem ratowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy i jedzenie, ale po chwili woda już była wszędzie – opowiada siostra Loreta z wielowiejskiego klasztoru sióstr dominikanek. – Po dwu godzinach od rozerwania wału do ewakuacji musieliśmy używać łodzi, których było za mało. Większość strażaków to nie byli miejscowi, więc w każdej łodzi musiał być ktoś znający topografię terenu, aby dotrzeć precyzyjnie tam, gdzie wzywano natychmiastową pomoc. Przy sandomierskim moście czekały busy Caritas, które wywoziły ewakuowanych do centrum Sandomierza – opowiada ks. B. Pitucha.

    Woda ponawia atak

    Wraz z pierwszymi medialnymi doniesieniami o ogromie powodziowych zniszczeń ruszyła w całej Polsce fala pomocy. Przybywali strażacy, wolontariusze, pojawiła się pomoc materialna. – Najpierw troszczyliśmy się o pomoc doraźną dla powodzian, czyli o zakwaterowanie, zabezpieczenie w ubrania, środki czystości i codzienne posiłki. Nasza kuchnia w ośrodku Caritas pracowała non stop. Zapewnialiśmy także wyżywienie dla całej rzeszy wolontariuszy, którzy przybywali z pomocą dla powodzian – opowiada ks. B. Pitucha. – Do domu wróciliśmy po kilku dniach. Zaczęliśmy porządki, lecz przyszła druga fala i znów byliśmy pod wodą. To odebrało siły – żali się pani Krystyna z ul. Portowej w Sandomierzu. – Czy wyobraża sobie ktoś sytuację, że w ciągu kilkunastu dni jest się topionym dwa razy? Chyba nie! Wtedy nawet nie chce się patrzeć na zniszczenia. To odbiera całą nadzieję, że można coś jeszcze uratować – dodaje. Druga fala powodzi dotknęła najbardziej mieszkańców podsandomierskiej gminy Dwikozy. – Przywiślane miejscowości w okolicy Dwikóz, które są zagłębiem warzywnym, w ciągu kilku godzin znalazły się wtedy pod wodą. Uprawy pomidorów, ogórków, kalafiorów i sałaty popłynęły z powodziową falą. Tutejsi ogrodnicy zostali nie tylko bez domów, ale także stracili swoje warsztaty pracy – uprawy pod osłonami – wyjaśnia ks. Pitucha. Wraz z falami powodziowymi ruszyły fale pomocy. Najpierw potrzebna była pomoc ta najbardziej doraźna: woda, środki czystości, żywność. Następnie ruszyła pomoc setek wolontariuszy, którzy przybyli, by pomóc powodzianom w akcji sprzątania i porządkowania tego, czego nie zabrała i nie zniszczyła woda. – Przez długi czas w klasztorze gotowałyśmy posiłki dla wielu osób. Dowożone były tam, gdzie sytuacja była jeszcze bardzo trudna. Codziennie wydawano setki posiłków dla osób poszkodowanych i przybywających do pomocy wolontariuszy – opowiada s. Salomea, dominikanka. – Jako diecezjalna Caritas po zapewnieniu pierwszej fali pomocy rozpoczęliśmy planowanie wsparcia długofalowego. Zostały zalane pola uprawne, które były dla wielu rodzin jedynym źródłem dochodu, wiele rodzin nie stać było na finansowanie nauki swoich dzieci, gdyż obniżyły się ich dochody. Konieczne było uruchomienie pomocy długofalowej. Jednym z kierunków była pomoc rolnikom w zakupie materiału siewnego, drugim pomoc młodzieży szkolnej i studentom w dofinansowaniu ich wydatków związanych z nauką. Na ten cel diecezjalna Caritas wydała 2, 5 mln złotych – podsumowuje ks. B. Pitucha.

    Nadal nie jest bezpiecznie

    Minęło pięć lat od wielkiej wody. Jakiś czas temu oddano wyremontowany i podwyższony wał w prawobrzeżnym sandomierskim Koćmierzowie. Koronę umocnienia podniesiono o 1,3 metra i zabezpieczono przesłoną betonową, sięgającą 10 metrów w głąb. Jednak wzmocnienie objęło tylko wał na długości zaledwie 3 km. To nie uspokaja mieszkańców prawobrzeżnego Sandomierza. Niepokoi ich fakt, że podobnych prac nie prowadzi się od strony Tarnobrzega. – Takie rozwiązanie nie jest do końca bezpieczne. Konieczne są podwyższenie i umocnienie wału na całej długości, bo gdy przyjdzie duża fala, może być przerwany 2 km wcześniej i znów znajdziemy się pod wodą, i powtórzy się sytuacja z 2010 r. Nie daj Boże takiej tragedii – dodaje pan Jan z Koćmierzowa. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół