Nowy numer 16/2018 Archiwum

Komandor z Virtuti Militari

Niemal całe swoje kapłaństwo służył na dwu frontach, Bożym i wojskowym. Za posługę na pierwszej linii frontu otrzymał wojskowe odznaczenie. Za męczeńską śmierć został wyniesiony na ołtarze.

U progu niepodległości, gdy tworzyły się pierwsze oddziały Wojska Polskiego, ks. Władysław Miegoń jako młody kapłan prosił bp. Mariana Ryxa, żeby mógł zostać żołnierskim kapelanem. Biskup mu odmówił, ale zapału w nim nie zgasił. Już za rok ks. Władysław został duszpasterzem w batalionie morskim.

Szedł w pierwszym szeregu

Pochodził z Samborca. Był najstarszym z ośmiorga dzieci Stanisława i Marianny z domu Rewera. To właśnie brat matki, ks. Antoni Rewera, miał duży wpływ na jego rozwój duchowy i prawdopodobnie decyzję o wstąpieniu do seminarium. Ich drogi spotkały się także na ostatnim etapie życia – w Dachau. Młody Władysław po kilku klasach szkoły powszechnej uczęszczał do Męskiego Progimnazjum w Sandomierzu. W 1908 r. wstąpił do sandomierskiego seminarium. Na liście alumnów figurował pod nazwiskiem Miegoński. Jako kleryk dał się poznać jako dobry organizator, społecznik i patriota. Kiedy w 1911 r. spaliła się szkoła w Samborcu, zgromadził dzieci w domu rodzinnym i zlecił nauczanie młodszemu bratu Janowi. Gdy otrzymywał święcenia kapłańskie 2 lutego 1915 r., okolice Sandomierza już doświadczyły gehenny wojennej. Pierwszą placówką, na której rozpoczął misję jako wikariusz, były Iwaniska. Wioska ta położona była na terenie przyfrontowym, który kilkakrotnie przechodził z rąk do rak walczących armii. W tym czasie młody kapłan musiał także zastępować chorego proboszcza w pobliskich Modliborzycach. W czasie toczonych tam walk między Rosjanami i Austriakami zajmował się rannymi żołnierzami obu armii. Następnie pracował na kilku parafiach jako wikariusz. Wielu przyjaciołom zwierzał się, że marzy o posłudze wśród żołnierzy. Jako jeden z pierwszych księży z diecezji zadeklarował gotowość wstąpienia w szeregi pospiesznie organizowanego wojska. Niezrażony pierwszą odmową ordynariusza, gdy tylko utworzono ordynariat polowy Wojska Polskiego, wystosował drugą prośbę, która już została przyjęta. – Jego pierwszą placówką wojskową był Aleksandrów Kujawski, skąd ze swoim batalionem morskim 10 lutego 1920 r. dotarł do Pucka i uczestniczył w zaślubinach Polski z morzem. Wraz ze swoimi żołnierzami brał udział w walkach pod Warszawą w 1920 r. Zapisał się szczególnym męstwem w walkach pod Ostrołęką i Łomżą – opowiada Bogusław Szwedo, historyk i badacz wojskowości. Jak zapisali koledzy ks. Władysława, „pod Ostrołęką w czasie ataku na wieś Susk ks. kapelan Władysław Miegoń szedł w pierwszym szeregu, dodając swoją odwagą ducha otaczającym go marynarzom”. Pod Makowem w czasie ataku bolszewików na wieś Janków został ranny. Za te czyny został odznaczony Virtuti Militarii V klasy. Te doświadczenia przyniosły mu uznanie i szacunek wśród mundurowych parafian.

Admirał nie daje spokoju

Od samego początku pobytu w batalionie kapelan nie tylko pracował duszpastersko, ale też aktywnie włączył się w prowadzenie działalności kulturalno-oświatowej. Organizował też kursy dokształcające dla marynarzy z wiedzy ogólnej. Nie posiadając własnego kościoła, nabożeństwa niedzielne dla marynarzy odprawiał w kościele pw. Świętych Piotra i Pawła w Pucku, a gdy była taka potrzeba – w rejonie portu puckiego. Takimi okazjami były przysięgi rekrutów czy poświęcenia okrętów. W 1928 r. ks. Miegoń został skierowany do Lublina na stanowisko kierownika wojskowego rejonu duszpasterskiego, lecz po kilku latach powrócił nad ukochane morze. Biskup polowy Józef Gawlina, zwracając się przy tej okazji do kapelana, miał powiedzieć: „Wróci ksiądz na dawne swe miejsce kapelana marynarki, bo wszyscy od admirała do marynarza nie dają mi spokoju”. W Gdyni-Oksywiu zbudował kościół garnizonowy. Gdy wybuchła II wojna światowa, był do końca ze swymi podopiecznymi w Szpitalu Morskim w Babicach-Dołach, który padł jako ostatnia placówka obrony Wybrzeża. Jako oficer otrzymał dokument zwalniający z niewoli, który odrzucił, by pozostać wśród rannych marynarzy. W grudniu 1939 r. wraz z innymi kapelanami został wywieziony do oflagu w Rothenburgu, a w 1940 r. do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Tam odebrano im mundury i oznaczono numerami obozowymi. W dwa lata później trafił do obozu w Dachau, gdzie zmarł po kilku miesiącach w wyniku niedożywienia i wyniszczenia organizmu. Do parafii Samborzec władze obozowe przysłały powiadomienie, że więzień zmarł na tyfus i zapalenie płuc. W latach 90. ub.w. rozpoczęto jego proces beatyfikacyjny w ramach zbiorowego dochodzenia męczenników polskich z lat 1939–1945.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma