• facebook
  • rss
  • Gdzie szlachta szable ostrzyła

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 45/2014

    dodane 06.11.2014 00:15

    Kolegiata opatowska. Mało który kościół może poszczycić się taką historią i takimi polichromiami. Waleczni rycerze i zwycięscy królowie dumnie spoglądają z barokowych malowideł. Ich zadaniem było patriotyczne wychowanie pokoleń.

    Nie jest łatwo szybko ominąć opatowską kolegiatę. Nie tylko ze względu na często korkujący się węzeł komunikacyjny, położony niemalże u stóp świątyni, ale dlatego, że aż żal nie odwiedzić monumentalnego kościoła. – Każdego roku odwiedza nas wielu turystów chcących zobaczyć jedną z najstarszych polskich świątyń oraz poznać bogatą historię miasta, które leżąc na ważnym szlaku na Wschód, dzieliło zmienne losy Polski i regionu – podkreśla miejska przewodniczka.

    Okno na Wschód

    Pomimo wielu badań i analiz historycznych konia z rzędem temu, kto pokusi się dziś wskazać dokładny czas, fundatora i budowniczego średniowiecznej świątyni. Mimo że historia jej powstania ginie w mrokach dziejów, fundacja potężnego, jak na tamte czasy, kościoła wiązana jest bądź to z rycerzami, bądź z jednym ze zgromadzeń zakonnych. Jan Długosz w swoich dziełach wspomina, że u początku opatowskiej świątyni są zakony rycerskie, jednak nie do końca wiadomo, czy chodzi o templariuszy, czy joannitów. Pośród hipotez nie sposób ominąć i tej, która fundację kościoła przypisuje księciu Henrykowi Sandomierskiemu. Z zakonami rycerskimi spotkał się on podczas wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej. Po szczęśliwym powrocie miał wybudować dla jednego z nich kościół.

    Można dostrzec pewne podobieństwo architektoniczne monumentalnej bryły kościoła do innych budowli wznoszonych przez te grupy rycerskie. Inni historycy wiążą powstanie opatowskiej kolegiaty z zakonem cystersów lub benedyktynów, którzy rezydowali w niedalekim opactwie świętokrzyskim. Pierwsze wzmianki o mieście sięgają roku 1189, kiedy w grodzie gościł książę Kazimierz II Sprawiedliwy, a na spotkanie z nim przybył Milwan, opat świętokrzyski. Wielu historyków uznaje nazwę miasta za pochodzącą od tytułu prawdopodobnego fundatora i właściciela kościoła, opata. – Prawdopodobnie była to świątynia budowana z konkretnym jednoznacznym celem, którym było usytuowanie tutaj stacji misji chrystianizacyjnej na Wschód. Takie przypuszczenia potwierdza dalsza jej historia związana z założoną tutaj siedzibą biskupów lubuskich – wskazuje ks. Michał Spociński, proboszcz kolegiaty w Opatowie. W 1235 r. Henryk Brodaty oddał Opatów wraz z 16 wsiami biskupom lubuskim z życzeniem, aby stąd korzystniej mogli zajmować się apostołowaniem na Rusi, gdzie prawdopodobnie posiadali już swoją misje. Przez kolejne wieki miasto było świadkiem wielu znacznych wydarzeń związanych z historią i władcami Polski. To właśnie tutaj wracającego spod Grunwaldu Jagiełłę witała jego żona Anna Cylejska, i stąd para królewska miała jechać do Sandomierza i Krakowa. Czas rozwoju przerwały najazdy Tatarskie w 1500 i 1502 roku, które doprowadziły niemalże do ruiny miasto oraz kolegiatę. Jednak już w 1514 r. za zgodą papieża Leona X biskup lubuski sprzedał miasto Krzysztofowi Szydłowieckiemu. – Nowy właściciel potraktował leżące w ruinach miasto jak ewangeliczną perłę, którą się odkrywa i kupuje. Pod jego protektoratem miasto i świątynię podniesiono z ruin, przywracając dawny splendor. Dzięki niemu znów wróciło określenie Opatowa jako magna civitas (wielkie miasto) – dodaje proboszcz.

    Rycerski elementarz

    Jednak osobne karty historii opatowska świątynia wpisywała w działalność sejmików szlacheckich, które odbywały się w niej przez długie lata. Nie umniejszając powagi i znaczenia sakralności opatowskiej kolegiaty i odbywanych w niej nabożeństw oraz jej funkcji jako siedziby kapituły, równie ważnym aspektem jej dziejów była rola, jaką odegrała w życiu społeczno-politycznym całej ziemi sandomierskiej. Odbywające się w niej sejmiki, sądy i szlacheckie spotkania miały także wpływ na przemiany architektoniczne jej wnętrza oraz powstałe polichromie. Opatowska świątynia jest jedną z nielicznych, w których na ścianach możemy podziwiać zamiast pobożnych czy też ewangelicznych obrazów malowidła przedstawiające historię największych zwycięstw polskiego oręża oraz te odnoszące się do patriotycznego wychowania. – Te malowidła, według badaczy, miały pobudzać ducha zbierającej się tutaj szlachty. Były swego rodzaju wychowawcą, jak wielkie znaczenie ma obrona ojczyzny i walka o jej wolność. Sam przebieg zjazdu lub sejmiku miał także określony rytuał religijny, choć często zdarzały się „mniej religijne” zachowania szlachty czy przybywających z nią pocztów – opowiada ks. proboszcz. Sejmik miał zwyczaj zaczynać się Mszą św. Jak podają kroniki, Ewangelii słuchano z dobytymi szablami na znak gotowości obrony wiary. Jednak przed rozpoczęciem obrad ze świątyni wynoszono Najświętszy Sakrament, z tego względu, że miały one często przebieg dynamiczny i obfitujący w momenty dramatyczne. Zdarzały się bójki, podczas których często sięgano po szable. Na murach świątyni do dziś pozostały wyżłobienia, w których szlachta ostrzyła ostrza szabel. W 1659 r. biskup krakowski Andrzej Trzebnicki polecił przestawić we właściwsze miejsce cztery boczne ołtarze, gdyż podczas obrad „cierpiały nieposzanowanie”. – Zachowane polichromie cyklu scen batalistycznych są bezprecedensowe ze względu na swój niezwykły rozmach i skalę. Obejmują one przedstawienie bitwy pod Wiedniem, Grunwaldem, na Psim Polu oraz walkę z Turkami. Widać w tym cyklu wyraźnie świecki, a nawet publiczny jego charakter, choć na każdym z tych malowideł możemy dostrzec wątek religijny, wstawienniczy. Ponad scenami bitewnymi znajdują się przedstawienia świętych roztaczających orędownictwo nad walczącymi – tłumaczy Małgorzata Buzikiewicz, historyk sztuki. Jak podkreślają historycy, malowidła te miały dwie inne funkcje oprócz dekoracyjnej. Historyczną, czyli przypominały o chlubnej przeszłości, oraz edukacyjną, gdyż miały uczyć o cnotach rycerskich i politycznych, budząc ducha patriotycznego w gromadzącej się na sejmikach szlachcie. – Powiązać je możemy w czytelniejszy i bardziej spójny cykl przez osobę św. Marcina i związaną z nią koncepcję prawości rycerskiej – dodaje pani Małgorzata.

    Żołnierze św. Marcina Patronujący kolegiacie nawró

    cony rzymski legionista i święty biskup Marcin z Tours przez wieki niewątpliwie miał wpływ na rycerskie powiązania opatowskiej świątyni. Dla gromadzących się w niej postać patrona stawała się wzorem oddanej służby, ale i chrześcijańskiego ducha. Mimo upływu wieków w opatowskiej kolegiacie nadal kultywowane są tradycje rycerskości i szlachetności. Ważną datą był rok 2009, kiedy to Stolica Apostolska uczyniła świętego biskupa z Tours patronem miasta. Podczas rozpoczętych w 2010 r. prac konserwatorskich w kapitularzu odkryto XVII-wieczny fresk, który przedstawia scenę dzielenia się młodego żołnierza Marcina płaszczem z klęczącym żebrakiem. Potwierdza on ciągłość i intensywność kultu św. Marcina w Opatowie, który jest nie tylko patronem opiekującym się świątynią i kapitułą, ale też przykładem postępowania wobec potrzebujących. Te wydarzenia przyczyniły się do podjęcia ciekawej inicjatywy łączącej patrona, rycerską przeszłość kolegiaty oraz czasy obecne. Od kilku lat w Opatowie wręczane są wyróżnienia „Żołnierz św. Marcina”. – W naszym patronie chcemy nie tylko widzieć dzielnego legionistę, ale także szlachetnego żołnierza, uczącego nas miłości miłosiernej, którą sam praktykował, dzieląc się z potrzebującymi. Te cechy naszego patrona przyświecały idei, aby dostrzec i wyróżnić w naszej społeczności ludzi o szczególnym zaangażowaniu w pomoc potrzebującym i mających „wyobraźnię miłosierdzia”, o której mówił Jan Paweł II – zaznacza proboszcz. Tytuł nadawany jest każdego roku od czterech lat osobom szczególnie zaangażowanym w działalność na rzecz lokalnej społeczności i w dzieła miłosierdzia. – Takich osób jest wiele obok nas. To one często niepostrzeżenie, ale skutecznie niosą pomoc i wsparcie ubogim. Są współczesnymi św. Marcinami, którzy nie wahają się podzielić symbolicznym płaszczem z najbardziej potrzebującym – dodaje ks. M. Spociński. Pierwszym laureatem został Stanisław Malinowski, który troszczy się o sprawy społeczne oraz niezłomnie od lat jest organizatorem największej grupy pielgrzymów rolników na Jasną Górę. Później nagrodę odebrała Emilia Jasińska, zelatroka kół różańcowych oraz właścicielka piekarni czynnie wspomagająca parafialną świetlicę środowiskową. Ubiegłorocznym „żołnierzem św. Marcina” został Tadeusz Łobaza. – W tym roku zaszczytny tytuł chcemy przyznać Jolancie Gubernat, dyrektor świetlicy środowiskowej, wraz z całym zespołem wolontariuszy, którzy roztaczają opiekę nad ponad 30-osobową grupą dzieci i młodych, świadcząc im szeroką pomoc i opiekę. Drugim tegorocznym laureatem jest Stanisław Statuch, który od lat służy sprawie innych poprzez zwykłą, pokorną pracę na rzecz parafii i świetlicy – dodaje proboszcz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół