• facebook
  • rss
  • Szanse owocowego embarga

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 40/2014

    dodane 02.10.2014 00:00

    Rolnictwo i rynek. Co trzecie polskie jabłko pochodzi z sandomierskich sadów. W tym roku sadownicy są zadowoleni z plonów, jednak rosyjskie sankcje załamały rynek eksportowy i spowodowały duże kłopoty ze zbytem. Cena skupu jest na granicy opłacalności.

    W podsandomierskich sadach trwa okres jabłkowych żniw. W tym roku drzewka aż gną się od obfitości pięknych owoców. Jednak perspektywa ich sprzedaży maluje się w ciemnych barwach. – Nasza firma zajmuje się skupem i handlem rodzimymi owocami. Średni przepływ towaru to około 2 tys. ton owoców rocznie, z czego do Rosji sprzedawaliśmy około 90 proc. – mówi Krzysztof Kwasek z podsandomierskiego Koćmierzowa. – W tym roku w sierpniu nie poszedł już tam ani jeden transport. We wrześniu tylko kilka tirów na Ukrainę, i to wszystko. Na sandomierskiej giełdzie też jest duży kłopot ze sprzedażą – tłumaczy.

    Nie tylko do Rosji

    Handlowe kłopoty nie zaskoczyły aż tak sadowników. Od lat w mniejszym bądź większym stopniu był problemem ze zbytem. Szczególnie w latach urodzaju, kiedy rynek zasypywały tony owoców, a brak kupców powodował drastyczny spadek ceny. – W tym roku mamy dużo jabłek. Jeśli ktoś zadbał o cały proces produkcji, ma piękne jabłko. Mamy nadzieję dobrze je sprzedać, choć nie jest łatwo – mówi Zbigniew Rewera, prezes Grupy Producentów Owoców i Warzyw Refal. – Do tej pory sprzedaż na Wschód wynosiła ponad 60 proc. produkcji. Dziś poszukujemy nowych rynków zbytu w Kazachstanie, Afryce czy krajach europejskich. Nowych odbiorców musimy przekonać, że mamy dobry i smaczny owoc oraz atrakcyjnie zapakowany – tłumaczy Zbigniew Rewera. W tym roku z pomocą sadownikom przyszedł program unijny, w którym producenci mogą wycofać z rynku owoce i oddać je poza siecią sprzedaży do instytucji charytatywnych i społecznych, za co uzyskają unijne dopłaty. – Jest to jakieś wyjście na obecne problemy. Pozbywamy się towaru, choć do tej pory nie wiemy nawet, za jaką cenę i musimy mieć świadomość, że zostaje on rozdany na krajowym rynku. A nam chodzi o wyprowadzenie jabłka poza nasz rynek i tutaj oczekujemy pomocy ze strony Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji przy polskich ambasadach – dodaje Z. Rewera. Z dużą pomocą przychodzą sadownikom Banki Żywności, które odbierają od producentów duże partie owoców z przeznaczeniem na bezpłatne przekazanie biedniejszej części społeczeństwa w ramach pomocy unijnej. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Cała kampania o embargu i kryzysie jabłkowym może nam pomóc pozyskać klienta na rynku wewnętrznym. Ważne, byśmy zasmakowali w polskim jabłku. Jeszcze 20 lat temu spożywaliśmy 27 kg jabłek rocznie na osobę, kilkanaście lat temu już 20 kg, obecnie jest to tylko 14 kg rocznie na osobę. Mam nadzieję, że rozdawanie jabłek, kampania „antyputinowska” czy promocja w dużych sieciach handlowych przywróci nam krajowego klienta – podkreśla Leszek Bąk z grupy producenckiej „Owoc Sandomierski”.

    Wspólnymi siłami

    W okolicy Sandomierza w ostatnim czasie powstało kilka grup producenckich. To współczesne spółdzielnie, które gromadzą grupy sadowników we wspólne przedsiębiorstwo, by razem mogli stawić czoła niełatwym wymaganiom rolniczego rynku. „Owoc Sandomierski” z Bilczy jest jedną z największych. Zrzesza ponad 100 członków produkujących owoce na ponad 1000 hektarach upraw. – Stając przed ciągłymi problemami ze zbytem naszych owoców, stworzyliśmy grupę, która razem magazynuje, pakuje i sprzedaje towar. W ten sposób także tworzymy wspólną markę i jesteśmy atrakcyjniejszym kontrahentem dla dużych odbiorców – wyjaśnia Leszek Bąk. Spółdzielnie to także szansa na nowoczesne rolnictwo. Dzięki unijnej pomocy członkowie grup producenckich otrzymali dofinansowania na wymianę sprzętu rolniczego, nowoczesne przechowalnie oraz modernizację sadów. – Grupa producencka dysponuje całym parkiem maszynowym, który jest do dyspozycji rolników: przyczepy do zbiorów i transportu owoców czy skrzyniopalety do przechowywania w chłodniach. Prowadzony jest również stały nadzór jakości nad produkcją oraz wspólne planowanie, na jakie odmiany owoców mamy być nastawieni w przyszłości, by jako grupa mieć ujednoliconą produkcję – wyjaśnia Sebastian Kozakiewicz z grupy „Sad Sandomierski”. Początkowo wielu sadowników nie miało zaufania do powstających spółdzielni. Jednak obserwując ich działalność i umacnianie się na rynkach produkcyjnym i handlowym, powoli stawali się ich udziałowcami. Do tej pory każdy z sadowników musiał sam myśleć o przechowaniu, posegregowaniu i sprzedaniu owocu. – Dziś, gdy każdy zwiększa produkcję, chce odciążyć się od problemów sprzedażowych, którymi mają zająć się odpowiedni ludzie w grupie producenckiej. Również wspólnie dysponując większą ilością produktu, łatwiej znaleźć dużego kontrahenta i wynegocjować dobrą cenę – podkreśla Maciej Ossowski z grupy producenckiej San-Ray w Zajezierzu. Grupy producenckie to jedna z szans nie tylko na przetrwanie, ale i pokonanie kryzysu związanego z owocowym embargiem. – Dzięki zrzeszaniu się w duże grupy dostaliśmy szansę na wybudowanie bardzo nowoczesnych przechowalni oraz linii sortowniczych do owoców, które profesjonalnie zapakowane stają się bardzo konkurencyjnym produktem. Takie efekty są bardzo trudne do osiągnięcia w indywidualnych gospodarstwach ze względu na koszty – dodaje Wojciech Borzęcki z grupy „Sad Sandomierski”. Wiele osób może pomyśleć, że grupy producenckie to powrót do komunistycznych spółdzielni lub nawet kołchozów, gdzie wszystko miało być wspólne. Nic bardziej mylnego. Tutaj, choć wspólnie się planuje, w tym samym czasie zbiera, przechowuje i sprzedaje, to jednak każdy zachowuje swoją integralność. Jak to się dzieje? – Każdy udziałowiec ma swój własny unikatowy numer producenta, zapisany w kodzie kreskowym. Każda skrzynia oznaczana jest takim kodem, który zawiera między innymi informacje o odmianie, terminie zbioru. Tak oznaczone trafiają do chłodni, gdzie utrzymywana jest odpowiednia atmosfera. Obniża się temperaturę, zmniejsza się ilość tlenu, a zwiększa dwutlenku węgla. Jabłka zapadają jakby w stan hibernacji, który spowalnia ich proces starzenia się. Nieużywane są tutaj żadne środki chemiczne, tylko odpowiednio dobierany skład atmosfery przechowywania – wyjaśnia Stanisław Chachuła z grupy Refal. Tak „uśpione” jabłko może leżakować nawet kilka dobrych miesięcy. Gdy pojawia się kontrahent, komora jest napowietrzana, natomiast jabłka w skrzyniopaletach przewożone są do linii sortowniczej. Aby wyeliminować uszkodzenia owoców, rozładunek na linię segregującą odbywa się za pomocą automatycznego rozładunku wodnego. Umyte i wysuszone jabłka podawane są na linię sortowniczą, która dzięki urządzeniom elektronicznym i kamerom segreguje je według wielkości, ciężaru, a nawet koloru. Tak posegregowane trafiają do opakowań jednostkowych – najczęściej kartonowych, następnie układane są na paletach i jadą do klienta – opowiada pan Stanisław. Dzięki takiej technologii przechowywania jabłko zachowuje swoją świeżość i doskonały smak oraz wartości odżywcze nawet po kilku miesiącach od zerwania. To pozwala na zmagazynowanie nadmiaru owoców, przetrwanie złej passy rynkowej i umożliwia sprzedaż dobrej jakości owoców nawet na wiosnę.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół