• facebook
  • rss
  • Lata w cieniu swastyki

    Andrzej Capiga, Marta Woynarowska


    |

    Gość Sandomierski 36/2014

    dodane 04.09.2014 00:00

    II wojna światowa. W czwartkowym wydaniu z 31 sierpnia „Ilustrowany Kuryer Codzienny” zapewniał, prezentując fotografie z dzielnymi artylerzystami i lotnikami, że: „działa artylerii zmotoryzowanej lawiną żelaza powitają wroga”. „Gazeta Lwowska” informowała zaś o przemysłowcach i kupcach dostarczających bezpłatnie narzędzia do kopania rowów.


    IKC karcił rodaków, zwłaszcza mieszkańców Krakowa, że zbyt późno i masowo zaczęli gromadzić zapasy żywności na wypadek wojny. Ale na szczęście towarów w sklepach „jest w bród i będzie w bród”. „Gazeta Lwowska” podawała dodatkowo ceny podstawowych artykułów spożywczych: bułka – 4 gr, chleb żytni – 28 gr, masło – 3,30 zł, mleko – 19 gr, kiełbasa – 1,70 zł za kilogram.

    W kilkunastu kinoteatrach lwowskich grano głównie komedie, w specjalnym anonsie zaś zachęcano widzów do obejrzenia w kinie Casino najlepszej i najweselszej komedii muzycznej sezonu 1939/40 „Honolulu”.
Ale pojawiły się też pierwsze tragiczne informacje o działalności niemieckich dywersantów. W Tarnowie w wyniku wybuchu walizki-pułapki 29 sierpnia zginęło 18 osób, w tym 2-letnia dziewczynka. Dworzec kolejowy zaś został częściowo zniszczony. Wykryte zostały składy materiałów wybuchowych i amunicji w domach Niemców mieszkających w Katowicach i Łodzi.
Życie toczyło się niby normalnie, ale z każdej niemal strony gazet wyzierało widmo wojny.


    Tragiczne naloty


    Rankiem następnego dnia nie było już gazet, tylko radio wciąż przekazywało informacje o nadciągającym nieprzyjacielu. Mieszkańcy naszego regionu, położonego w centralnej części kraju, nie spodziewali się, że już w pierwszych dniach wojny może im zagrozić niemieckie wojsko. Słowo „bombardowanie” było nie do końca zrozumiałe.
Co ono oznacza, przekonali się późnym popołudniem 2 września 1939 r., kiedy na niebie pokazała się eskadra Luftwaffe. W nalocie na Tarnobrzeg i Chmielów zginęły 63 osoby. W Tarnobrzegu od wybuchów niemieckich bomb śmierć poniosło 11 tarnobrzeżan, w tym czwórka dzieci. To były pierwsze ofiary II wojny światowej w tym mieście. Szczególnie tragiczne okazało się bombardowanie Chmielowa. Zginęły 52 osoby, zaś wioska została niemal cała zniszczona. Przez lata doszukiwano się przyczyn tego nalotu. Pojawiały się różne domysły. Jednym z najbardziej prawdopodobnych wydawała się chęć zniszczenia zakładów zbrojeniowych w Nowej Dębie, którą lotnicy błędnie zlokalizowali. Wśród mieszkańców istniało również przekonanie, że była to chęć odwetu na mieszkańcach Chmielowa za konflikt z Niemcami z czasu I wojny światowej albo zemsta za dostarczanie przez miejscowy tartak kiepskiego materiału dla niemieckich spółek pracujących na rzecz Luftwaffe. Dzięki dociekliwości i badaniom Tomasza Sudoła, pracownika Wydziału Badań Naukowych Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, który dotarł do rozkazów 76. pułku lotniczego Luftwaffe, okazało się, że nie było żadnej pomyłki, a cel był jasno określony – zbombardowanie linii, dworców kolejowych, stacji przeładunkowych i węzłów kolejowych w Tarnobrzegu, Chmielowie i Sobowie.
Ranni w nalotach trafili do tarnobrzeskiego szpitala, gdzie ówczesny dyrektor Ferdynand Rusinowski, doskonały chirurg, wraz z innymi lekarzami Terleckim i Nowickim oraz siostrami przez wiele godzin nie odchodzili od stołu operacyjnego, na którym ratowali im życie. Doktor Rusinowski, podobnie jak Tadeusz Starostka, inny cieszący się sławą miejscowy lekarz, w czasie okupacji był zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej, za co obaj już po tzw. wyzwoleniu byli prześladowani przez władze komunistyczne. Tadeusz Starostka ps. Eskulap został nawet skazany na 10 lat więzienia.
Tarnobrzeg jednak szybko otrząsnął się po tragicznej sobocie i już w niedzielę 3 września zostały zorganizowane punkty obrony przeciwlotniczej, obserwacyjne i łącznościowe. Pracami kierował por. Józef Sarna, pełniący obowiązki powiatowego komendanta Przysposobienia Wojskowego. Wspomagał go w tym jego zastępca sierż. Stanisław Markiewicz. W związku ze zbliżającymi się siłami niemieckimi ppłk. Antoni Sikorski, dowódca grupy „Sandomierz”, wyodrębnionej z Armii „Karpaty” mającej za zadanie obronę mostów od Zawichostu do Baranowa Sandomierskiego, 8 września wydał rozkaz zniszczenia przepraw w Sandomierzu i Baranowie. Tymczasem Armia „Kraków”, spychana przez dywizje 7. i 8. korpusu, znalazła się w pobliżu przepraw przez Wisłę. Podjęto decyzję o budowie mostu pontonowego. Podczas obrony przeprawy stoczona została zacięta walka, tzw. bój o Osiek, w której broniący się 201. pułk piechoty pod dowództwem płk. Władysława Adamczyka stracił ponad 100 swoich żołnierzy. Dzięki ich ofierze i waleczności Armia „Kraków” zdołała się ewakuować.
Drugim znaczącym punktem obrony była walka o Tarnobrzeg, zakończona 13 września bohaterską śmiercią jej dowódcy Józefa Sarny, który wraz ze swymi podkomendnymi oraz żołnierzami poległymi w rejonie miasta spoczął na tarnobrzeskim Cmentarzu Wojennym. Nowa kwatera zapełniła się ponad setką żołnierskich grobów.
W Tarnobrzegu i okolicach zaczęły się lata niemieckiej okupacji.


    Spaleni żywcem


    W gminie Jarocin represje niemieckiego okupanta były szczególnie okrutne, zwłaszcza w latach 1943–1944. Pacyfikacje, aresztowania, wywózki do obozów zagłady i na roboty do Niemiec stanowiły w tych latach element codziennego życia mieszkańców Jarocina i okolic.
Do pierwszych aresztowań doszło 15 listopada 1941 r., kiedy to żandarmi z Janowa Lubelskiego otoczyli w Majdanie Golczańskim domy Stanisława Kudyby, Jakuba Smutka i Józefa Śniega, aresztując znajdujące się w nich osoby. Zarzucono im ukrywanie broni i żądano wskazania miejsca jej ukrycia. Kudybie i Smutkowi udało się zbiec. Rozjuszeni tym faktem oprawcy okrutnie pobili Śniega i wywieźli do obozu w Majdanku, gdzie zmarł podczas tortur w 1942 r. Podobną akcję Niemcy przeprowadzili w marcu 1943 r. w Domostawie. Tym razem ich celem był Walenty Głuszak. Był on podejrzewany o posiadanie broni oraz przynależność do tajnej organizacji. Głuszakowi, mimo rany w nogę, udało się uciec. Cały jego majątek jednak zarekwirowano.
Częstym pretekstem do przeprowadzania akcji pacyfikacyjnych była współpraca z partyzantami, przynależność do tajnych organizacji bądź niewywiązywanie się mieszkańców z nałożonych na nich kontyngentów. Powody te były na pewno pretekstem do przeprowadzenia akcji policyjnej w nocy z 11 na 12 czerwca 1943 r. w Jarocinie. – Tego dnia żołnierze niemieccy i ich ukraińscy sojusznicy chcieli schwytać Franciszka Bielaka, podejrzewanego o przynależność do partyzantki. Bielakowi udało się jednak zbiec, zabijając przy tym trzech niemieckich żołnierzy. Rozzłoszczeni żandarmi postanowili więc zemścić się na ks. Marcinie Kędzierskim i jego służbie. Po splądrowaniu plebanii, pobili księdza i wraz z Anielą Jędruch, Katarzyną Gagat, Anną Pawłowską oraz Józefem i Karoliną Paskami, a także ich trzyletnim synkiem Kazikiem – żywcem spalili. Pod kościołem zginęli jeszcze: Stanisław i Jan Pękowie, Jan Rusinek, Kazimierz Bielak, Andrzej Dziechciarz, Andrzej Pierścionek, Bronisław Szabat i Marcin Żuraw. Niemcy z dymem puścili wówczas 21 domostw i zabudowań gospodarczych – opowiada Jacek Siembida, regionalista, znawca historii tego regionu.


    Ufajmy w Opatrzność Bożą


    W miesiąc po tej pacyfikacji, 9 lipca, żołnierze SS-Totenkopfrerband i SS-Selbstschutz dokonali kolejnej, też Jarocina. Na placu kościelnym zamordowali wówczas: Ignacego Bielaka, Kazimierza Łopackiego, Marcina Cieślę, Zygmunta Gajewskiego, Walentego Karkuta, Stanisława Kiełbia, Antoniego Lecha, Marcina Łydę, Józefa Małysa, Andrzeja Nalepę, Józefa i Mariana Ostrowskich, Jana i Władysława Pikułów, Franciszka Piotrowskiego, Andrzeja Piskorskiego, Jana Romaniaka, Ludwika Różańskiego, Antoniego Szabata, Stanisława Ślusarczyka, Józefa Węglińskiego i Karola Wołoszyna. 50 innych mężczyzn wywieziono na roboty przymusowe do Niemiec, z których powróciły tylko 24 osoby.
W kolejnej pacyfikacji, 28 grudnia 1943 r. zginęło kolejnych 14 mieszkańców Jarocina. Do ostatniej doszło 12 czerwca 1944 r. Na widok zbliżających się wojsk niemieckich część mieszkańców schroniła się w kościele, gdzie następca ks. Kędzierskiego – ks. Tadeusz Boratyn odprawił Mszę św. Nabożeństwo rozpoczął słowami: „Wiem, że czeka nas okrutna śmierć, ale ufajmy w Opatrzność Bożą. Módlmy się, a Bóg nas wysłucha. Ja odprawiam Mszę św. wynagradzającą, a wy rzućcie się na posadzkę krzyżem i odprawiajcie Różaniec”. Po jego zakończeniu okazało się, że Niemcy w dużym pośpiechu opuszczają Jarocin, kierując się w rejon Porytowego Wzgórza. Niemniej jednak w tej akcji zginęli: Józef Karkut i Wojciech Bednarz, a około 40 mieszkańców wywieziono do Niemiec na roboty.
W lipcu 1943 r. masowe egzekucje nie ominęły też innych okolicznych wsi. Były wśród nich: Majdan Golczański, Mostki, Golce, Domostawa, Katy i Szyperki. Łącznie w latach 1941–1944 na obszarze dzisiejszej gminy Jarocin Niemcy przeprowadzili 28 pacyfikacji. Najwięcej w roku 1943 r. – aż 12. Podczas II wojny światowej życie straciło 494 mieszkańców gminy, z czego około 150 Żydów, 120 osób wywieziono na roboty, z których wielu już nie wróciło. Spalono 140 domów i ponad 260 zabudowań gospodarczych.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół