• facebook
  • rss
  • Dwa dni i półtorej nocy

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 34/2014

    dodane 21.08.2014 00:00

    Jacek Łabudzki, lekarz z Sandomierza, jako jedyny Polak zdobył biegową koronę najtrudniejszych tras na świecie. Ostatnio ścigał się w Kalifornii.

    Bieganie stało się jego pasją kilkanaście lat temu. Rozpoczął treningi, bo „nie chciał zostać panem z brzuszkiem”. Początkowo biegał maratony, potem rozpoczął starty na coraz trudniejszych i dłuższych trasach. Tak pokonał kilka długodystansowych biegów organizowanych na kilku kontynentach. Do korony ultramaratonów brakowało mu tylko tego jednego, organizowanego w Dolinie Śmierci w Kalifornii.

    – Jest to teoretycznie najtrudniejszy bieg, przynajmniej tak nazywany jest przez Amerykanów. Dystans to oryginalnie 135 mil, co się przelicza na 217 km trasy, w temperaturze dochodzącej do 40 stopni Celsjusza z pokonywaniem wzniesień dochodzących do 3000 m n.p.m. – wyjaśnia J. Łabudzki. W Badwater Ultramarathon nie ma przypadkowych uczestników. Sito selekcji jest bardzo gęste. Decyduje biegowe CV. Co roku startuje około stu biegaczy. W tym oprócz sandomierzanina byli jeszcze dwaj Polacy: Zbigniew Malinowski z Kołobrzegu i niepełnosprawny ruchowo Dariusz Strychalski z Łap. Wystartowali z miejscowości Lone Pine. Na pokonanie 217 km biegacze mieli 48 godzin. Musieli pokonać szczyt Horseshoe Meadow, wznoszący się na wysokość 3048 m n.p.m., następnie docierali do tzw. Miasta Duchów, czyli opuszczonej wioski górniczej Cerro Gordo, oraz Whitney Portal, czyli miejsca tradycyjnej mety Badwater, u podnóża najwyższego szczytu kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. – Od początku wszystko szło bardzo dobrze, mieliśmy dobry czas, dobrze znosiliśmy upał. Po przebiegnięciu jednej trzeciej trasy zrobiliśmy sobie pierwszą długą przerwę. Były prysznic, godzina snu i przed wyruszeniem na trasę skusiliśmy się na smakowite spaghetti – jak się okazało – wątpliwego pochodzenia. To był dziecinny i kardynalny błąd, za który musieliśmy potem bardzo słono zapłacić problemami żołądkowymi – opowiada sandomierski biegacz. Razem ze Zbyszkiem Malinowskim pokonali trasę w niecałe 43 godziny. Biegli całe dwa dni i półtorej nocy. Na trasie maratonu dopingowali go żona Beata i syn Kacper. Na mecie była wspólna fotografia i gratulacje od szefa Badwater. Każdy z uczestników otrzymał metalową plakietkę z nazwą i datą biegu oraz koszulkę. Bieg na krawędzi Doliny Śmierci był brakującym ogniwem do zdobycia przez sandomierzanina korony biegowej. To był jego cel. – Jestem pierwszym Polakiem, któremu udało się przebiec sześć biegów określanych jako najtrudniejsze na świecie – podkreśla z dumą J. Łabudzki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół