• facebook
  • rss
  • Warszawskie dziecko

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 32/2014

    dodane 07.08.2014 00:00

    – Nie określam siebie mianem powstańca, bo nie złożyłem przysięgi – wyjaśnia Kazimierz Kocowski. – Po prostu nie zdążyłem.

    Wydarzenia biegły tak szybko, że trudno było nadążyć – wspomina ostrowczanin. – W życiu często się zdarza, że to przypadek za nas decyduje. I takim przypadkiem było to, że powstanie warszawskie zastało mnie na Woli, przy ul. Ogrodowej, dokąd przyszedłem odwiedzić moją babcię, a jednocześnie kolegów. Pan Kazimierz urodził się w Warszawie. 1 września 1939 r. zamiast swojego pierwszego szkolnego dzwonka wyznaczającego początek edukacji usłyszał wybuchy bomb i warkot nadlatujących samolotów ze złowieszczą swastyką. Zaczęła się wojna, a później pięć trudnych lat niemieckiej okupacji.

    – Tego dnia można było wyczuć na ulicy jakieś napięcie, podenerwowanie. Pewien rodzaj przeczucia, że zbliża się zagrożenie. Ponadto mimo ciepła, przecież to był 1 sierpnia, pojawiło się na ulicach sporo młodych mężczyzn w prochowcach. Widok nieco dziwny. Kiedy szedłem do babci na rogu ulic Wroniej i Ogrodowej, byłem świadkiem niecodziennego wydarzenia. Z wielobranżowego sklepiku wychodził niemiecki żandarm z setką machorkowych papierosów. Nagle podszedł do niego mężczyzna i krzyknął „Hände hoch!”. Ten natomiast sięgnął do przypiętej do pasa parabelki. Wtedy rozległ się strzał i Niemiec upadł martwy, a z okrągłego pudełka wysypały się papierosy. Mężczyzna podszedł, zabrał mu pistolet i spokojnie odszedł. Świadkowie zaś, w tym i ja, szybko uciekliśmy z tego miejsca. Wróciłem do domu, opowiedziałem o zdarzeniu i poszedłem spotkać się z kolegami. Akurat śpiewaliśmy piosenkę „Z młodej piersi się wyrwało”, kiedy usłyszeliśmy strzały. Podbiegliśmy do okna i zobaczyliśmy, jak mężczyzna z biało-czerwoną opaską na ramieniu ostrzeliwuje samochód. W końcu ktoś rzucił granat, który na dobre unieruchomił auto. Spojrzałem na zegar, była dokładnie godzina 16. Zatem nie wszędzie 17.00 była godziną „W”. To pierwszy dzień powstania pana Kazimierza. Drugiego dnia rano zobaczył rozradowanych ludzi z entuzjazmem wywieszających polskie flagi, bo po pięciu latach okupacji znowu poczuli się wolni. Po odśpiewaniu hymnu i „Roty” rozeszli się do domów, została tylko grupa mężczyzn, do której podszedł umundurowany żołnierz AK z prośbą o pomoc w zbudowaniu barykady. Panowie ochoczo przystąpili do dzieła, a wśród nich 11-letni wówczas Kazio. Postanowili zepchnąć rozbity dzień wcześniej samochód. Pokonali ul. Ogrodową, skręcili we Wronią, kiedy nagle zostali ostrzelani z lewej strony. – Był to ogień z ciężkich karabinów maszynowych – mówi pan Kazimierz. – Wszyscy mężczyźni pchający auto zginęli na miejscu. Mnie uratował prawdopodobnie niski chłopięcy wzrost. Odskoczyłem i starałem się schować w bramie najbliższej kamienicy. Nagle poszła kolejna seria i poczułem nagły ból w nodze. Ale trafił mnie tylko odłamany przez pociski kawał muru. Trzeciego dnia powstania wraz z kolegami przystąpiliśmy do poważnej pracy. W budynku, gdzie ich odwiedziłem, był skład benzyny. Postanowiliśmy więc porozlewać ją, zrobić butelki zapalające i dostarczyć je na pierwszą linię frontu. Ale nas wstrzymano. Czwartego dnia pan Kazimierz uczestniczył w budowie barykady na ul. Ogrodowej od strony placu Kercelego, gdzie po raz drugi jego życie zawisło na włosku. Cudem ocalał z ostrzału samolotu. Ale młodzieńcza werwa, odwaga i chęć działania nie skłoniły go do wycofania się mimo coraz poważniejszych zagrożeń. Postanowili z kolegami dokończyć sprawę z butelkami. Poszli z nimi ul. Chłodną, Wolską do tzw. Wenecji, skąd widzieli mordercze walki toczone na cmentarzach. Dotarli na ul. Towarową, tam postanowili obstawić bramy kamienic, z których mieli obrzucać nadjeżdżające niemieckie czołgi. – Zostałem wyznaczony jako ostatni – wspomina pan Kazimierz. – Kiedy biegłem na swoje stanowisko, usłyszałem dziwny szum nad głową i okrzyk: „Padnij!”. To nasz „dowódca”, czyli najstarszy kolega, który miał 14, może 15 lat, ostrzegł mnie przed spadającą bombą. Upadłem i poczułem ból w głowie, a ciało przeszedł dziwny skurcz. I straciłem przytomność. Odzyskałem ją, kiedy wnoszono mnie na noszach do jakiegoś szpitala. Ale nie na długo, po chwili uśpiono mnie do operacji, w czasie której usunięto odłamki z głowy. Oprzytomniałem, bo usłyszałem głos wujka. To był ostatni raz kiedy go słyszałem, bo po powstaniu trafił do Dachau, gdzie został zamordowany. Piątego dnia zakończył się dla pana Kazimierza aktywny udział w powstaniu warszawskim. Ale przez kilkanaście dni toczył ciężką walkę o swoje życie. Trafił do domu, ale nie na długo, bo szybko wraz z rodzicami musiał schronić się w piwnicy, gdzie doczekali kapitulacji. Potem czekało ich przedzieranie się przez gruzowisko do punktów zbornych i wyjazd do obozu w Pruszkowie. Tam po dwóch miesiącach znowu poczuł smak chleba. – Czy ktoś może sobie wyobrazić, jak smakuje taki chleb? – pyta zdławionym głosem Kazimierz Kocowski.

    Kazimierz Kocowski

    od 1956 r. mieszka w Ostrowcu Świętokrzyskim. Uczestnik powstania warszawskiego, członek podziemia antykomunistycznego, w tym organizacji Wolność i Niezawisłość, żołnierz wyklęty. Z zamiłowania filatelista oraz kolekcjoner pamiątek historycznych, które prezentował podczas kilku wystaw, m.in. poświęconych powstaniu warszawskiemu organizowanych w Muzeum Historyczno-Archeologicznym w Ostrowcu Świętokrzyskim.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół