• facebook
  • rss
  • Ukrzyżowane nadzieje

    ks. Tomasz Lis, Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 32/2014

    dodane 07.08.2014 00:00

    Historia. – Wchodząc w ten ruch i będąc w opozycji do PZPR, już wcześniej liczyłem, że w Polsce zacznie się normalne życie, normalna sytuacja – mówi Marian Antończyk, jeden z założycieli siarkowej „Solidarności”.

    Na poprawę codziennego życia liczyli nie tylko sami związkowcy, ale także cała rzesza Polaków z „Solidarnością” sympatyzująca. Od sierpnia 1980 r. do grudnia 1981 r. Polacy uwierzyli, że wreszcie będą mogli cieszyć się wolnością. – Nikt wówczas nawet nie myślał o całkowitym odsunięciu komunistów ani o wyrwaniu się ze szpon brata zza Buga, czy jego upadku – wspomina tarnobrzeżanin Marian Antończyk. – Ale liczyliśmy na jakiś udział w prawie do decydowania o własnym państwie.

    Raczkujące nadzieje

    Roczny „festiwal wolności”, jak bywa nazywany czas od sierpnia 1980 do wprowadzenia stanu wojennego, wyzwolił w Polakach lawinę oczekiwań. – Pracowałem na Walcowni w Nowym Zakładzie – wspomina Ludwik Kropielnicki, mieszkaniec Ostrowca Świętokrzyskiego. – Wiele osób jeździło na delegacje w różne części kraju i przywoziło wiadomości, że to tu, to tam powstawały związki. Niektórzy wracali z materiałami mającymi pomóc w założeniu „Solidarności”. Stwierdziliśmy z kolegami, że nie ma się na co oglądać i rach-ciach przystąpiliśmy do działania. Zorganizowaliśmy zebranie i wybory, które władze, niestety, unieważniły. Przystąpiliśmy zatem do drugich i tak zostałem przewodniczącym nowych związków. Powstał jednak pewien problem – aby wszystko odbyło się de lege artis, konieczny był statut. Pan Ludwik dowiedział się, że w Starym Zakładzie ostrowieckiej huty też przymierzają się do powołania „Solidarności”. W tej sprawie spotkał się z Marcelim Czarneckim i wspólnie uradzili, że trzeba jechać do Kielc do tamtejszego biura związku. – Przyjechaliśmy, a tu na szybie tylko naklejona kartka z napisem „Solidarność” – opowiada Ludwik Kropielnicki. – Nie było jeszcze wówczas znaczków, logo związku. Pan, który nas rejestrował, podsunął myśl, by powołać Międzyzakładowy Komitet Związkowy. Akurat byli tam przedstawiciele z PKS-u oraz Edek Kulik z jednego z zakładów w Ostrowcu Świętokrzyskim. I tak został zarejestrowany ostrowiecki MKZ. W Ostrowcu poszliśmy z wszystkimi dokumentami do prezydium Rady Narodowej z wnioskiem o przydzielenie lokum. Przewodniczącemu rady aż się ręce zaczęły trząść ze zdenerwowania, bo nagle okazało się, że solidarnościowa fala dotarła także do naszego miasta. A już zupełnie wytrąciła go z równowagi informacja o liczbie członków, którą pan Ludwik, blefując, określił na 500–600 osób. – W rzeczywistości było nas 14, ale trzeba było trochę naciągać fakty, takie czasy. Dostaliśmy mały pokoik przy ul. Młyńskiej. Przewodniczącym MKZ został Marceli, a ja sekretarzem – wspomina L. Kropielnicki. Niebawem informacja o MKZ rozeszła się po regionie. Zaczęły przyjeżdżać delegacje pracowników z okolicznych zakładów z prośbą o pomoc w założeniu „Solidarności” w ich zakładach. Pierwszymi byli przedstawiciele opatowskiej oświaty. Potem poszła lawina – niemal wszystkie zakłady w Ostrowcu, Ćmielowie, Waśniowie, Opatowie zwracały się z prośbą o rejestrację związku. – Od tych wyjazdów, chodzenia to aż buty mi się rozpadły – śmieje się pan Ludwik. – Pracownicy opatowskiej Spółdzielni Sadowniczej zaproponowali stworzenie nowego szczepu – jabłoni solidarności. To był piękny czas, ludzie wreszcie odważyli się mówić otwarcie o tym, czego chcą, co ich boli. – Przyszedłem jako duszpasterz do Stalowej Woli w 1967 r., kiedy jeszcze daleko było do jakichkolwiek działań wolnościowych i tworzenia niezależnych związków ludzi pracy. Nie był to pod żadnym względem łatwy czas. Władze były bardzo czujne i uwrażliwione na przejawy wolnej i suwerennej myśli. Jakiekolwiek próby były dławione już w zarodku – wspomina bp senior Edward Frankowski, nazywany kapelanem „Solidarności”. – W 1975 r. zostałem skierowany do pracy duszpasterskiej do parafii pw. św. Floriana, a następnie do parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski. Chodząc po kolędzie, poznawałem codzienne życie rodzin, a podczas spotkań z robotnikami ich ciężkie problemy. Ludzi bolało to, że za niezwykle ciężką pracę są słabo wynagradzani, a jeśli już wyżebrali jakąś podwyżkę, to zawsze jakimś kosztem. To potęgowało niezadowolenie. Czymś ważnym dla nich było to, że mieli oparcie w Kościele. To właśnie dla nich otworzyliśmy dom katechetyczny i dom parafialny, aby umożliwić im bezpieczne miejsce na spotkania, gdzie mogli otwarcie mówić o swoich oczekiwaniach. W tej „kościelnej oazie” odbywały się pierwsze spotkania, narady dotyczące tworzenia niezależnych związków. Gdy przyszedł rok 1980 oraz protesty i strajki, dołączyli do nich lojalnie także robotnicy ze Stalowej Woli. Pierwsze niezależne samorządowe związki powstawały na wydziale narzędziowni, potem już były na następnych. – W sierpniu 1980 r. mieliśmy nadzieję na normalne życie – podkreśla pan Marian. – Że ważne stanowiska będą zajmować najlepsi ludzie, że praca będzie godnie wynagradzana, tak by można spokojnie utrzymać rodzinę, że w sklepach wreszcie zapełnią się półki, a sprzed sklepów znikną gigantyczne kolejki. Czyli po prostu, by wreszcie zaczęło być normalnie.

    Przerwane nadzieje

    – Stwierdziłem, że „Solidarność” została ukrzyżowana – mówi pan Marian. – Wykonałem nawet wówczas specjalny symbol przedstawiający logo związku rozpięte na krzyżu, ale tak, by patrząc z profilu, widziało się postać Chrystusa. – Wybuch stanu wojennego był swego rodzaju szokiem dla nas wszystkich. W Stalowej Woli internowano bardzo dużą grupę działaczy. Wydawało się, że ten zryw wolnościowy zostanie zdławiony. Pamiętam, że od razu ruszyliśmy z pomocą dla aresztowanych, choć było bardzo trudno im pomoóc. Opieką objęte zostały także ich rodziny. Osobiście już następnego dnia podałem listę internowanych Radiu Wolna Europa. Rozpoczęły się także Msze za ojczyznę, podczas których podawane były informacje o aresztowanych i o możliwości pomocy. Sam odwiedziłem ich w więzieniu w Załężu. Tak wielu wspaniałych ludzi ówczesne władze potraktowały jak przestępców tylko za to, że walczyli o swoje robotnicze prawa – dodaje bp Frankowski. Pana Mariana Służba Bezpieczeństwa aresztowała jeszcze przed oficjalnym wprowadzeniem stanu wojennego. W swej gorliwości zabrali go z domu 12 grudnia o 23.30. W niedzielę rano jego żona Danuta w obawie przed rewizją wyniosła do klasztoru ojców dominikanów ukryty pod paltem sztandar siarkopolowej „Solidarności”, który był przechowywany w domu państwa Antończyków. Ojcowie ukryli go w bocznym ołtarzu św. Dominika. Tam przeleżał do ingresu bp. Edwarda Frankowskiego. Pan Marian po aresztowaniu trafił, jak większość działaczy z byłego województwa tarnobrzeskiego, do podrzeszowskiego więzienia w Załężu. Jeśli można tak powiedzieć, znalazł się w grupie kilku szczęśliwców, którzy zostali zwolnieni do domów w Wigilię. – Skąd ten przywilej, nie wiem do dzisiaj – żartuje tarnobrzeżanin. Po pana Ludwika milicja przyjechała pierwszego dnia stanu wojennego, czyli w niedzielę rano. Ale nie zastali go w domu. Zaczekali w suce, mimo przenikliwego mrozu, jaki panował tego dnia. – Kiedy przechodziłem obok bloku, podjechali i capnęli mnie do nyski – mówi związkowiec. – Na komendzie zaczął się ośmiogodzinny magiel. Po ośmiu godzinach wypuścili mnie. Władza jednak nie zapomniała o nich. W domach co jakiś czas pojawiali się „smutni panowie”, którzy albo przewracali domy do góry nogami w ramach rewizji, albo prowadzili dłuuugie rozmowy. W styczniu 1982 r. pan Ludwik stracił pracę. Uprzedzony o przygotowywanym zwolnieniu dzięki życzliwości lekarza zdołał w porę zdobyć odpowiednie zaświadczenia, by wystąpić o przyznanie renty. Marian Antończyk po aresztowaniu powrócił na swoje stanowisko, ale małe szykany go nie ominęły – nie otrzymywał nagród. Kierownicy znaleźli jednak sposób. – Przyznawali kolegom wyższe stawki, by ci dzieli się nimi ze mną – mówi pan Marian.

    Nieziszczone nadzieje

    Ludwik Kropielnicki ma w swoim domu całą dokumentację związaną z zakładaniem i pierwszymi miesiącami działania ostrowieckiego MKZ. Rzadko po nie sięga, bo budzą na nowo wielkie i niezrealizowane nadzieje. Jedynym dowodem wdzięczności i uznania za walkę o wolną Polskę jest Krzyż Kawalerski, jaki otrzymał od premiera Jana Olszewskiego. – Zdrowie mimo lat nawet dopisuje i żonie, i mnie. Więc nie ma co narzekać, a że nie jestem zapraszany na solidarnościowe uroczystości... – macha ręką pan Ludwik. – Uważam, że ta nasza „Solidarność” została wtedy w 1981 r. na dobre ukrzyżowana i tak trwa do dzisiaj – stwierdza Marian Antończyk. – Idee, jakie wtedy wyznawaliśmy, czyli braterstwo, uczciwość, wspólne działanie, jawność życia publicznego przepadły. Okrągły stół zaś pozwolił na wytworzenie się swoistego konglomeratu byłych komunistów, funkcjonariuszy służb specjalnych z określoną grupą członków „Solidarności”. Reszta poszła w odstawkę. Są, jak to mówi o nich były przewodniczący, nieudacznikami, bo nie potrafili w odpowiednim momencie zadbać o swój interes, ciepłą posadkę itp. Pan Marian od przejścia na emeryturę, czyli od ponad 20 lat jest czynny zawodowo i pracuje, dzięki temu jego głodowa początkowo emerytura wzrosła. – Nie narzekam, do nikogo i o nic nie roszczę pretensji – stwierdza tarnobrzeżanin. – Ale boli mnie, kiedy czytam lub słyszę o proszących o pomoc byłych związkowcach, którzy płacą teraz zdrowiem za walkę z komuną. Wielu działaczy, którzy stali u początku powstawania „Solidarności”, odczuwa dziś gorycz lub pewien niesmak niezrealizowania tego, co było ich ideałem. Wielu z nich żyje w zapomnieniu, są odsunięci czy wręcz zmarginalizowani. A przecież to właśnie oni narażali siebie, swoje rodziny, domagając się wolności i równości dla wszystkich. – Nie można zapominać bohaterów tamtych czasów, bo przecież oni odnieśli duże zwycięstwo – apeluje bp Edward Frankowski, kapelan „Solidarności”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół