• facebook
  • rss
  • Na szóstym biegu

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 23/2014

    dodane 05.06.2014 00:00

    Życiowa pasja. Rocznie przebiega około 4 tys. kilometrów. Jacek Łabucki, sandomierski pediatra, jeśli w lipcu pokona najtrudniejszą na świecie trasę biegową Badwater w Dolinie Śmierci w Kalifornii, będzie pierwszą osobą w Polsce, która zdobędzie koronę ultramaratonów.


    Najczęściej spotkać go można w gabinecie lekarskim lub na trasie treningowej. Po godzinach przyjęć, niezależnie czy grzeje słońce, czy pada deszcz i jest zimno, zakłada buty do biegania i przemierza wyznaczony dystans. Ma jednak zasadę: biegi nigdy kosztem rodziny, która dopinguje go i towarzyszy mu w wyprawach na kolejne ultramaratony.


    Jak się wiąże sznurowadła?


    Na pytanie, czy takie długie dystanse biegowe dobrze wpływają na zdrowie, bez zastanowienia odpowiada, że nie. Jednak nie byłby ambasadorem aktywnego trybu życia, gdyby od razu nie podkreślił, że to brak ruchu był w jego przypadku przyczyną rozpoczęcia biegowej przygody. – Gdy stuknęła mi czterdziestka, stwierdziłem, że jestem zbyt... obszerny. Przy moim niskim wzroście duży brzuch nie pozwalał mi swobodnie zawiązać sznurowadeł w butach. To było jak głos dzwonu, pełen przestrogi i niepokoju. Wtedy pojechałam na pierwsze zawody ogólnolekarskie i pobiegłem na dystansie 10 km. O mało wtedy nie umarłem. Mimo trudności ukończyłem bieg i to mnie zmotywowało. Zacząłem regularne treningi i tak po roku wystartowałem w pierwszym maratonie w Poznaniu. Złamałem wtedy magiczny czas 3 godz., było to dokładnie 2.58.59 – opowiada Jacek Łabucki.
Po pierwszych startach w polskich maratonach przyszedł czas na te europejskie i światowe. Dziś w jego biegowym dorobku jest ponad 30 maratonów, w tym tych najbardziej uznawanych: w Nowym Jorku, Bostonie, Londynie, Berlinie, Paryżu (gdzie padł jego życiowy rekord 2.51.30), Rzymie, Rotterdamie czy Madrycie. – Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę takim biegaczem, nie uwierzyłbym. Oczywiście, zawsze byłem w jakiś sposób związany ze sportem. Lubiłem także pobiegać, szczególnie na studiach. Jednak potem przyszły praca, małżeństwo, dzieci i tłumaczenie, że są ważniejsze sprawy niż bieganie. Dziś też tak uważam. Bo bieganie to dla mnie hobby, odskocznia, swego rodzaju relaks, jednak przy odrobinie dyscypliny oraz dużej dozie chęci i samozaparcia jesteśmy w stanie codziennie znaleźć czas na ruch, niezależnie od tego, jak jesteśmy zajęci – dodaje biegacz.
Pan Jacek jest pediatrą. Prowadzi też duże Centrum Medyczne „Rokitek” obsługujące miasto i okolicę. – Sport potrzebuje sponsora. Jestem nim sam dla siebie. I choć bieganie to chyba najbardziej ekonomiczny sport, bo potrzeba tylko dobrych butów, to jednak, aby wyjechać na zagraniczne biegi, trzeba skądś wziąć pieniądze. Poza tym lubię swoją pracę – dodaje z uśmiechem.


    Dalej, wyżej, szybciej


    Po kilku latach okazało się, że standardowe bieganie to za mało i brakowało już maratonów, w których pan Jacek by nie startował. – Postanowiłem sobie przebiec coś więcej niż maraton, aby sprawdzić swoją wytrzymałość i zobaczyć, jak biega się naprawdę długie dystanse. Pojechałem do Szwajcarii na 100-kilometrowy bieg, który prowadził po malowniczej alpejskiej trasie. Pamiętam, że biegło mi się wyśmienicie, byłem 34. na dwa i pół tysiąca zawodników, z czasem 8,5 h
– wspomina.
Podczas tego biegu poznał drugiego biegowego zapaleńca Zbigniewa Malinowskiego, który zaproponował mu coś z najwyższej półki – Spartathlon. To bieg z Aten do Sparty. Jego trasa wiedzie przez góry Peloponezu historycznymi krainami wyznaczonymi w 490 r. p.n.e. przez Filippidesa. Ateńscy generałowie wysłali go po pomoc do Spartan, by wspomogli ich w walce przeciw najeźdźcom w bitwie pod Maratonem. Dystans tego biegu to, bagatela, 246 km z wieloma przewyższeniami sięgającymi nawet do 1300 m. – Na tej trasie także omal nie umarłem. Ukończyłem go dzięki Zbyszkowi, który już kilka razy wcześniej go pokonał. Do dziś uważam, że jest to najtrudniejszy bieg na świecie. Mocno wyżyłowane limity czasowe sprawiają, że trzeba meldować się na kolejnych etapach w określonym czasie, inaczej zostaje się zdjętym z trasy. Może się to zdarzyć nawet kilka kilometrów przed metą. Tę trasę kończy średnio jedna trzecia startujących, a są to już naprawdę zaprawieni biegacze. Po tym biegu poczułem, że biegi ultra, tzn. długie dystanse i ekstremalne trasy to dla mnie wyzwanie i kolejny cel – tłumaczy.
Rozpoczęło się poszukiwanie takich startów. – Dziś jest na to moda, pojawiają się one jak grzyby po deszczu. Ale jeszcze kilka lat temu były to naprawdę biegi wyjątkowe – dodaje sandomierski lekarz. Któregoś dnia wpadł mu do ręki ranking najbardziej wymagających i ekstremalnych biegów świata. Na liście było ich sześć: Spartathlon; UTMB (The North Face Ultra Trawl du Mont Blanc), czyli ultramaraton dookoła Mont Blanc; Maraton Piasków, czyli ultramataron pustynny; Comrades Marathon w RPA; Western States Endurance Run, najstarszy ultramaraton na świecie, odbywający się w Kalifornii, oraz Badwater, czyli bieg w Dolinie Śmierci w Kalifornii. – To stało się celem, moim i Zbyszka, ale jak się okazało, niezwykle trudnym w realizacji – opowiada pan Jacek.


    Autostrada do piekła


    Wszystkie biegi ekstremalne i ultramaratony to biegi elitarne, gdzie nie każdy może się z marszu zapisać i wystartować. – Do większości prowadzona jest rygorystyczna selekcja zawodników, którzy muszą się wykazać ukończonymi mniej wymagającymi biegami i zdobyć określoną liczbę punktów w biegach górskich i trudnych. Wtedy zaczęliśmy wspólnie ze Zbyszkiem „łykać” biegi i zbierać punkty – opowiada biegacz.
I tak pokonali polskiego „Rzeźnika”, trudne trasy w Ardenach, przebiegli całą Grań Niżnych Tatr, czyli 100 km z ponad 5,5 tys. metrów przewyższeń. – Mieliśmy już za sobą Spartathlon, więc przyszedł czas na UTMB. Po zdobyciu tej trasy ruszyliśmy na ultramaraton pustynny. Pamiętam, startowaliśmy do tego biegu w Niedzielę Wielkanocną. To była szkoła życia. 250 km przez pustynię. Ten bieg pokonuje się etapami. Dostaje się od organizatora wodę i na kempingu płachtę do spania. Na biwaku ma się zapewnioną wodę i opiekę medyczną, resztę niesie się ze sobą w plecaku. To jest niesamowite, kilka tysięcy ludzi biegnie po pustyni. Jest to sześć etapów po maksymalnie ekstremalnej trasie bezdroży, wydm i piachu. Codziennie rano start następuje przy muzyce
AC/DC „Autostrada do piekła”, coś w tym jest, bo gorąco jak w piekle – wspomina pan Jacek.
Tego samego roku wystartowali w biegu w Południowej Afryce – jak wspomina – już w ludzkich warunkach i na dystansie „tylko” 90 km. – Biegło mi się super, miałem wtedy czas 7 godzin i 21 minut. I Comrades Marathon był zaliczony – dodaje z dumą. Na kolejny bieg, Western States Endurance Run w Kalifornii, pojechał bez biegowego kompana, który nie został zakwalifikowany do startu, o którym decyduje losowanie spośród zgłoszonych. – Zbyszkowi zabrakło wtedy po prostu szczęścia – dodaje.
Po drodze sandomierzanin wystartował jeszcze w kilku biegach: Brazil na dystansie 217 km w górskim tropiku Brazylii, który ukończył jako pierwszy Polak, oraz w La Utra The High w Himalajach, pokonując 222 km ekstremalnie górskich tras. – Nie zapomnę także biegu w Tajlandii, podczas którego jednemu z biegaczy z USA uratowałem życie. Dostał udaru i potrzebował natychmiastowej pomocy. Na szczęście biegłem zaraz za nim, lekarze dojechali dopiero po 45 minutach. Wtedy nie liczyły się bieg i wynik, tylko życie kolegi – wspomina sandomierzanin.


    W Dolinie Śmierci


    Przed nim ostatni bieg z wielkiej szóstki, ale – jak podkreśla – nie ostatni. – Batwater to też nie łatwy bieg. Trasa 217 km w przerażającym gorącu dochodzącym do 50 stopni Celsjusza i limit czasowy 48 godzin. Dlatego potrzebne jest dobre przygotowanie – podkreśla J. Łabucki.
Zdradzając tajemnice biegania tak długich dystansów, podkreśla, że nie wolno myśleć o dystansie, który jest do pokonania oraz, że sukces dobiegnięcia leży w umiejętności pokonywania kryzysów. – Jak to określa mój kolega, kryzysy mają tę właściwość, że przychodzą i odchodzą. Ważne, żeby przeczekać ten czas i pobiec dalej. Wiadomo, nie są to łatwe biegi i takiego biegania nie polecam. Jednak serdecznie namawiam do systematycznego ruchu. Nie wolno zrażać się pierwszymi trudnościami. Po kilku dniach będą już małe sukcesy, a potem same duże. I trzeba pamiętać, że prawdziwe sukcesy rodzą się bólach – podkreśla sandomierski ambasador sportu.
•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół