• facebook
  • rss
  • A gdzie te domki?

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 06/2014

    dodane 06.02.2014 00:00

    Na katolicki pogrzeb młodego, awansowanego pośmiertnie kapitana w 1947 r. przybyły tłumy. Był sandomierskim „Kolumbem, rocznik 1920”. Zginął w Bieszczadach, broniąc polskich rubieży przed bandami UPA.

    Te wszystkie zdjęcia stanowią nie tylko rodzinną pamiątkę, ale są moim osobistym obrazem wspomnień o ojcu. Zginął, gdy miałam zaledwie dwa lata, a młodsza siostra urodziła się trzy miesiące po jego śmierci – zaczyna opowieść Bożena Fijałkowska-Linart. Siedzi na wygodnej kanapie w skromnym domku przy sandomierskiej Starówce. Obok budynek wysłużonego hoteliku, który właścicielka pielęgnuje i prowadzi od ponad 50 lat.

    – Te zdjęcia pokazują, że wojsko było dla ojca służbą ojczyźnie i innym ludziom. W ciągu kilku lat posyłany był na najtrudniejsze placówki nadgraniczne w niespokojnym, powojennym czasie. Na niektórych towarzyszyła mu mama, ale na te najodleglejsze i najbardziej niebezpieczne nie jechała, bo były to prawie jednostki frontowe – opowiada pani Bożena.

    Jak zabłąkana owieczka

    W rodzinnym albumie są zdjęcia nowożeńców, młodego żołnierza wyruszającego na służbę oraz fotografie miejsc, gdzie wraz z kolegami z wojska Józef Fijałkowski strzegł polskich granic. Ciekawostką jest, że w pierwszych latach po wojnie na szyldach granicznych umieszczano jeszcze napis „Rzeczpospolita Polska” bez dodatku „Ludowa”, który pojawił się dopiero kilka lat później. – O, tutaj są rodzice podczas ceremonii ślubnej. To było jeszcze przed wojną. Jak wspominała mama, do ślubu jechali piękną dorożką. A tu wychodzą po ślubie z kościoła. Ojciec w żołnierskim mundurze, był bardzo przystojny. Kiedyś wyczytałam w jego listach do mamy, tych znad granicy, jak bardzo ją kochał i jak bardzo za nią tęsknił. Często pisał, że czuje się bez niej „jak zabłąkana owieczka” – ze wzruszeniem wspomina pani Bożena.

    Trzech burmistrzów

    Trudno dziś odtworzyć przedwojenne i wojenne losy Józefa Fijałkowskiego. Pochodził z samego centrum Sandomierza. Jego rodzinny dom znajdował się w tzw. Czworakach, na wprost domu biskupów sandomierskich. – Ojciec miał dużo rodzeństwa. Było ich trzynaścioro. Dziesięciu synów i trzy córki. Dwóch synów swoje życie związało z wojskiem. Ojciec zaraz po wyzwoleniu został skierowany do oddziałów nadgranicznych – wspomina córka Bożena. Pierwszym miejscem służby były Lewin Kłodzki i Kudowa. – Na tę placówkę rodzice wyjechali razem. Według opowiadań mamy, nie było ojcu łatwo. Rządziło tam wtedy trzech burmistrzów: polski, czeski i niemiecki. Napływało wielu repatriantów, wracali także dawni właściciele tamtych terenów. Problemem były grasujące rozbite oddziały niemieckie oraz stacjonujące wojska radzieckie, które także nie były łatwą stroną do rozmów – opowiada pani Bożena. Jednak młody wyróżniający się porucznik został szybko skierowany na inne tereny. Miał chronić bieszczadzkich granic, gdzie było wyjątkowo niebezpiecznie. – Wtedy mama została z nami w Tarnowskich Górach. Lecz trwało to krótko. Ojciec zginął 7 maja 1947 r. w sercu Bieszczad. Po śmierci awansowano go do rangi kapitana. Pogrzeb odbył się w Tarnowskich Górach i Sandomierzu, gdzie spoczął na cmentarzu katedralnym – opowiada córka kapitana.

    Kwiaty dla papieża

    – Mama bardzo przeżyła śmierć ojca. Była w ciąży. Niedługo potem przyszła na świat ostatnia siostra Barbara. Mama osierociła nas kilka lat później – wspomina pani Bożena. Wychowaniem sierot, trzech dziewczynek, zajęli się dziadkowie ze strony mamy, którzy powrócili z Ameryki i kupili dom przy ulicy Zamkowej. Skromny domek służył rodzinie przez lata. – Do dziś noszę w pamięci piękny, pełen kwiatów ogród dziadka. Obok nas bezhabitowe siostry służki prowadziły przez lata ochronkę dla dzieci. Podczas wizyty kard. Wojtyły w Sandomierzu to ja wręczałam mu kwiaty, a dziadek jako były wiceburmistrz wygłaszał okolicznościową mowę. Po latach, gdy w 1999 r. w Sandomierzu gościł Jan Paweł II, przebywał w domu biskupim. Według opowiadań księdza proboszcza. po obiedzie miał podejść do okna i zapytać: „A gdzie te domki państwa Fijałkowskich? Ich córka dawała mi kwiaty”. Ufam, że tak było – dodaje pani Bożena.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół