• facebook
  • rss
  • Wchodzą oknem

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 49/2013

    dodane 05.12.2013 00:00

    Społeczeństwo. – Nikt aniołem się nie rodzi, do tego się dojrzewa. Podobnie do swojej pracy dojrzewają pracownicy socjalni – mówi Halina Komenda.

    Codziennie docierają tam, gdzie są najbiedniejsi, najmniej poradni, najbardziej samotni lub chorzy. Dzień Pracownika Społecznego to czas, gdy ich praca zostaje dostrzeżona. W tym roku działania sandomierskiego Ośrodka Pomocy Społecznej zostały zauważone także przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej i uhonorowane specjalną nagrodą i wyróżnieniem.

    Nie przekreślają nikogo

    – Nasze działania mają dwojaki charakter. Jedne wynikają z ustawy o pomocy społecznej, którą państwo ma obowiązek zabezpieczyć dla każdego obywatela. I tak udzielamy schronienia, zapewniamy posiłki i pomagamy zaspokajać inne niezbędne potrzeby samotnym, chorym, wykluczonym społecznie, ofiarom klęsk żywiołowych. W ramach licznych projektów i kampanii wspieramy rodziny wielodzietne, pomagamy niepełnosprawnym, troszczymy się o dzieci i młodzież z rodzin dysfunkcyjnych – wymienia Halina Komenda, dyrektor sandomierskiego OPS-u. Tego wszystkiego nie da się zrobić zza biurka. Aby efektywnie pomóc, trzeba dotrzeć do tych, którzy często nie mają odwagi czy sił, by się o coś upominać. – Zdajemy sobie sprawę, że najbardziej potrzebujący nie przychodzą prosić o pomoc, bo wstydzą się swojej bezradności, a osoby starsze i chore często nie są w stanie do nas dotrzeć. W wielu sprawach konieczna jest opinia, czy prośba jest uzasadniona. W takich sytuacjach swoją rolę wypełniają pracownicy socjalni – dodaje pani Halina. To oni codziennie docierają do osób starszych i samotnych, aby przez chwilę porozmawiać, posprzątać, zrobić zakupy; często są ich jedyną rodziną. – Każdy dzień jest inny, przynosi nowe sprawy, problemy i zadania. Nie są to łatwe przypadki. Ja w moim rejonie docieram do rodzin z problemem alkoholowym. Pomagam im zrozumieć tę chorobę, próbuję przekonać do leczenia. Sukcesem jest, gdy udaje się uratować osobę uzależnioną i rodzinę oraz naprawić to wszystko, co w nich emocjonalnie popękało. Są także i porażki, gdy mimo wspólnego wysiłku i leczenia ktoś wraca do nałogu. Mimo to nie rezygnujemy. Jeśli nas nie wpuszczają drzwiami, to wchodzimy oknem. Nie przekreślamy ludzi, tylko o nich walczymy – opowiada Iwona Olechowska. Podczas codziennych zajęć pani Iwona dociera także do ludzi samotnych, chorych psychicznie czy niezaradnych życiowo, którym nie układa się w życiu. – Pamiętam jedną dziewczynę, która pochodziła z rodziny patologicznej, gdzie nie przekazano jej pozytywnych wartości ani wzorców. Jako młoda kobieta urodziła dwoje dzieci, które oddała do ośrodka opiekuńczego, bo nie radziła sobie z ich wychowaniem. Potem znów przyszło na świat dwoje dzieci i zaczęliśmy walczyć, aby spróbowała je wychować. Była zbuntowana, pełna agresji, ale z czasem, po długiej pracy, rozmowach dostrzegła piękno macierzyństwa i zrozumiała, jak dużo daje rodzina. Dziś, mimo że mieszka daleko od Sandomierza, często pisze i dziękuje za pomoc – opowiada pani Iwona, pokazując zdjęcie dwóch maluchów wychowywanych dzielnie przez mamę.

    Nie ma „dziękuję”

    W pracy socjalnej nie chodzi o doraźne naprawianie zła tam, gdzie są alkoholizm, przemoc, patologia, bieda czy wykluczenie społeczne. – Naszym zadaniem jest pomóc ludziom w radzeniu sobie w tych trudnych sytuacjach, wskazaniu drogi wyjścia, aby mogli rozpocząć nowe życie. Nie jest to łatwe, bo wiele osób nie chce porzucić np. swojej bezdomności, boi się podjąć pracę, powraca do nałogu. Często my stajemy się dla nich kimś wrogim, kto chce zburzyć ich dotychczasowe życie. Dlatego często, niosąc pomoc, spotykamy się z niewdzięcznością – opowiada Michał Domka, psycholog z OPS-u. – To trudny zawód. Pochylamy się nad każdą osobą, bez rozróżniania na lepszych i gorszych, bez ważenia, czy warto czy nie. Doświadczamy wielu dylematów pomiędzy tym, jak myślimy, co czujemy, a jak musimy postąpić – dodaje Monika Grzesiak, pracownik socjalny. Dlatego w sandomierskim ośrodku nieustannie podejmowane są projekty i kampanie, aby szczególnie młodych ludzi uchronić i przestrzec przed współczesnymi zagrożeniami. – Od kilku lat uczestniczymy w kampanii „Biała wstążka” i „Białe serca”, które mają uczulić młode osoby na agresję, wypracować odpowiednie zachowania wobec przemocy. To odbywa się w szkołach, gdzie także wdrażamy programy mające wpoić uczniom asertywną postawę wobec używek, uświadomić im konsekwencje sięgania po nie – opowiada Halina Komenda. Ośrodek z dużym powodzeniem realizuje także program „Nas troje i więcej” wspierający rodziny wielodzietne i zastępcze. – W ten program włączamy rodziny mające na utrzymaniu troje i więcej dzieci, bez względu na dochód. Otrzymują karty rabatowe do instytucji kulturalnych czy niektórych sklepów i punktów usługowych. Chcemy w ten sposób nie tylko pomagać, ale promować rodziny wielodzietne – dodaje pani Halina.

    Bezcenny czas

    Inni z grupy „aniołów”, jak nazywa swoich pracowników pani Halina, pracują z dziećmi i młodzieżą w świetlicach terapeutycznych. Po 14.00 do świetlicy powoli zaczynają przychodzić dzieci. Są wśród nich te młodsze, ze szkoły podstawowej, ale za jakiś czas przy wspólnym stole siadają gimnazjaliści, a nawet zaglądają tu ci ze szkoły średniej. Najpierw odrabiają lekcje pod okiem pań. – Niektórym trzeba dużo pomagać, bo mają zaległości albo są mniej zdolni i wymagają większej troski. Uczymy ich także samodzielnego i systematycznego odrabiania lekcji – opowiada Agnieszka Krasoń z sandomierskiej świetlicy „Przystań”. Potem jest pora na przyjemności, czyli wspólne gry i zabawy czy czas przed komputerem, który każdy ma wydzielony. Ważnym momentem jest wspólny posiłek. – Dzieci pomagają przygotować stół czy posprzątać po obiedzie. Chcemy, aby atmosfera była bardzo rodzinna i domowa. W świetlicy wspólnie przeżywamy każde święta – dodaje pani Agnieszka. Ważnym czasem są także zajęcia socjoterapeutyczne, czyli leczenie w grupie i poprzez grupę. Wtedy właśnie realizowane są programy profilaktyczne i terapeutyczne dotyczące radzenia sobie w sytuacjach trudnych i patologicznych. – Dzieci uczą się tego, co pozytywne, gdzie szukać dobrych wzorców życia, jak budować prawdziwe przyjaźnie i dobre relacje z innymi, jak wypracować w sobie pozytywne wartości. Razem próbujemy wypracować zasadę istnienia norm, bo ona sprzyja poczuciu bezpieczeństwa, którego często nie mają w domach – dodaje Agnieszka Krasoń. – To dla naszych dzieci bezcenny czas. Tutaj mają swoją oazę, miejsce, w którym ktoś na nich czeka, ktoś się nimi zainteresuje, wysłucha, poradzi, zapyta, co było w szkole, i da dobrą radę. Nie robimy niczego szczególnego, jesteśmy po prostu dla nich – dodaje pani Agnieszka. Wiele osób dzięki dobrej pracy z terapeutami pokonało złe doświadczenia i wyszło na prostą, założyło już swoje rodziny. – Pamiętam, jak kilkanaście lat temu zaczęła przychodzić do nas Karolinka ze swoim rodzeństwem. Wtedy była jeszcze w szkole podstawowej. W ich rodzinie rządził alkohol i było dużo przemocy. Karolinka wspaniale pracowała i skończyła szkołę, mimo że w domu nie miała łatwo. Po kilkunastu latach spotkałyśmy się na portalu społecznościowym. Pochwaliła się mężem, rodziną. Jest szczęśliwa. Dziękowała, że pokazaliśmy jej, jak normalnie żyć – opowiada ze wzruszeniem Agnieszka Krasoń. – Przymioty anioła to cechy tych, którzy realizują misję pomocy społecznej. I choć anioły wolą stać w cieniu, to jednak tak naprawdę są bohaterami, bo ciągle próbują choć trochę naprawić ten świat – chwali swoich podwładnych Halina Komenda.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół