• facebook
  • rss
  • Wierna drużyna

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 47/2013

    dodane 21.11.2013 00:00

    Duszpasterstwo. Najpierw był Konsystorz Jeneralny, potem urząd zawierał się w... biskupim notesie. Dzisiejsza kuria to nie tylko instytucja, ale grupa ludzi wspomagających biskupa w jego posłudze.

    Dla większości z nas życie Kościoła toczy się najczęściej wokół spraw związanych z parafią. Z większością spraw urzędowych dotyczących sakramentów, poświadczeń czy innych odnoszących się do naszego życia religijnego trafiamy do kancelarii parafialnych. Jednak ostatnio coraz częściej słychać w mediach o zarządzeniach, decyzjach czy oświadczeniach kurii biskupiej. Co jednak tak naprawdę o niej wiemy?

    Centrum dowodzenia

    Wiadomości o początkach sandomierskiej kurii trzeba szukać w diecezjalnym archiwum. Pośród starych dokumentów odszukujemy jedne z najstarszych wydanych przez utworzony zaraz po powstaniu diecezji Konsystorz Jeneralny. – To właśnie taką nazwę nosiły urzędy, które pomagały biskupowi w zarządzaniu diecezją. Dokumenty wypisywane były po łacinie lub po rosyjsku, bo taki język był wtedy urzędowy. Piękna kaligrafia pokazuje kunszt pisarski biskupich urzędników. Dokumenty te dotyczą najczęściej mianowania nowych proboszczów, spisów majątkowych bądź sądowych rozstrzygnięć – tłumaczy ks. Ryszard Nowakowski, pracownik Archiwum Diecezjalnego. Trochę nietypową formę pracy kurialnej wprowadził w latach 80. ubiegłego wieku bp Edward Materski, który rezydował w Radomiu, a do kurii mieszczącej się w Sandomierzu dojeżdżał raz w tygodniu. – Wtedy wydawane były ważne dekrety czy decyzje. Zdarzało się niejednokrotnie, że niektóre dokumenty biskup wypisywał odręcznie w parafii, gdzie przebywał. Tak wydanych zostało kilka nominacji personalnych i kopii tych dokumentów do dziś brak w archiwach. Myślę, że najważniejszym źródłem informacji był wtedy biskupi notes, w którym mieściły się zapiski o większości spraw diecezji – wspomina ks. Zygmunt Gil, długoletni pracownik kurii. Niecodzienną rolę odegrała kuria biskupia także podczas papieskiej wizyty w 1999 r. – Został przy niej wtedy powołany specjalny komitet oraz sztab świeckich i księży odpowiedzialnych za przeprowadzenie wizyty. W kurii odbywały się odprawy z policją, Biurem Ochrony Rządu czy konferencje prasowe. Było to swoiste centrum dowodzenia – dodaje ks. Z. Gil.

    Służba po godzinach

    Jednym z głównych zamierzeń reformy administracyjnej Kościoła w Polsce w 1992 r. było umożliwienie biskupom bliższego kontaktu z diecezją. Sam biskup jednak nie jest w stanie zajmować się bezpośrednio sprawami wynikającymi z jego misji pasterskiej: rządzenia, uświęcania i nauczania. Dlatego prawo kanoniczne przewidziało instytucję kurii diecezjalnej. – To zespół bezpośrednich współpracowników biskupa, którzy albo uczestniczą w jego władzy, np. wikariusz generalny czy wikariusze biskupi, albo wspierają go na inne sposoby jak kanclerz czy sekretarz osobisty. Troska biskupa o wspólnotę Kościoła lokalnego i o kontakty zewnętrzne jest więc jednocześnie misją kurialistów. To nie jest jakieś „parkietowe towarzystwo”, które siedzi przy biurku i pije kawę. Ich praca to w gruncie rzeczy pokorna i ofiarna służba, często poza urzędowymi godzinami. W dodatku miesięczne wynagrodzenie, jakie otrzymują nasi kurialiści, jest mniejsze niż księży pracujących na parafiach – wyjaśnia bp Krzysztof Nitkiewicz. Obejmując kilka lat temu diecezję sandomierską, wyznaczył kilka priorytetów w kurialnej pracy. – Niezwykle ważne jest podejście do osób, które zgłaszają się do kurii. Są wśród nich ludzie bardzo nieśmiali, niezorientowani w kościelnych procedurach. Inni kategorycznie domagają się spełnienia swoich próśb. Zdarzają się także prowokacje, potajemne nagrywanie rozmów przez niektórych interesantów, groźby. Kurialiści tzw. pierwszego kontaktu, dwóch księży i siostra zakonna, traktują wszystkich z anielską życzliwością i cierpliwością – dodaje. – Pierwszym celem prawa kanonicznego jest pomoc człowiekowi w zbawieniu. Jaki sens ma legalistyczne wypełnianie przepisów na zasadzie „to albo nic”, jeżeli ktoś zrazi się z tego powodu do Kościoła i odejdzie? Kardynał Achille Silvestrini, mój pierwszy nauczyciel „stylu kurialnego”, mówił nieraz: „Pamiętajcie, że za każdym listem, za każdym pismem stoi człowiek”. Jednocześnie wymagał systematyczności, dokładności i wyobraźni. Czasami rozkładał ręce i mówił: „Chłopaki, czuję się jak trener bez drużyny” i było wiadomo, że trzeba się lepiej przyłożyć – wspomina biskup. Również swoim współpracownikom biskup stawia wymagania co do stylu i jakości pracy. – Od współpracowników w Sandomierzu oczekuję tego samego. Naszymi największymi nieprzyjaciółmi są niewrażliwość i powierzchowność. Walczymy z tymi pokusami. Może nie do końca skutecznie. Ponieważ większość z kurialistów to księża i siostry zakonne, tak układamy sobie plan pracy, żeby każdy miał czas zatroszczyć się o swoje życie wewnętrzne. Pomagając w zbawieniu innym, nie możemy zapominać o sobie – wyjaśnia biskup. – W pracy kurialnej ważna jest także dyskrecja, zachowanie tajemnicy. Najbardziej bolesnym aspektem pracy w kurii jest plaga anonimów. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie doświadczyłem. Rozumiem, że czasami ktoś może się czegoś obawiać, że ma jakieś szczególne powody. Są jednak tacy ludzie, którzy piszą anonimy po prostu z nienawiści do drugiego człowieka. To jest przeciwne Ewangelii i rozbija wspólnotę Kościoła – podsumowuje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół