• facebook
  • rss
  • Od wieku króluje

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 37/2013

    dodane 12.09.2013 00:00

    Z życia diecezji. Sto lat temu na uroczystą koronację małego wizerunku Matki Bożej Sulisławskiej przybyło prawie 200 tys. pielgrzymów. Był to fenomen jak na tamte czasy. Takie wydarzenie nie powtórzyło się w diecezji.

    Otwierając dawne kroniki czy dokumenty archiwalne, z niedowierzaniem czyta się relacje z przebiegu samej uroczystości, która była przygotowana wręcz z zegarmistrzowską dokładnością. Plany procesji, duchowe przygotowanie, rekolekcje, kazania, spowiedzi. Podawane liczby przybywających w ciągu miesiąca pielgrzymów budzą niedowierzanie.

    W miesiąc po koronacji, która odbyła się 8 września 1913 r., ówczesny biskup sandomierski Marian Ryx pisał w liście do duchowieństwa: „Miesiąc dobiega, jak dopełniliśmy świętego obrzędu koronacji cudownego obrazu Matki Bożej w Sulisławicach. Echo tej uroczystości rozeszło się po świecie. (...) O ile obliczenia mogą tu być ścisłe, w miesiącu jubileuszowym nawiedziło Sulisławice z górą pół miliona wiernych, którzy w kompaniach, grupkami i pojedynczo spieszyli, by serca swe otworzyć w miejscu świętym. (...) Olbrzymia ta rzesza imponuje cyfrą! A gdy dodamy wprost niemożliwe w tym roku, w skutek ciągłych opadów, drogi, gdy uprzytomnimy sobie brak na miejscu elementarnych potrzeb życiowych, a mimo świadomości tego wszystkiego widzieliśmy, jak spieszył lud tam nie tylko z najdalszych parafii dye- cezyi Naszej, ale i z sąsiednich: zawołać wszyscy musimy: Uczynił wielkie rzeczy, który możny jest”. Aby powtórzyć tamten zryw pobożnościowy i pielgrzymkowy, obecnie przez miesiąc do Sulisławic musiałby przybyć prawie każdy mieszkaniec diecezji (statystyczna liczba diecezjan to 700 tys. osób). Pozostaje pytanie, czy to możliwe?

    Podróżny obraz

    Przybywając do Sulisławic, trzeba naprawdę podejść blisko do ołtarza, aby zobaczyć mały obraz Matki Bożej trzymającej w swoich ramionach umęczone ciało Jezusa. Małe wymiary ikony (22 x 22 cm) wskazują, że pierwotnie służyła jako wieczko bursy, drewnianej skrzynki podróżnej kapelana wojskowego. – Mimo że obraz trafił do Sulisławic spod Moskwy, badania wykazały, że jest on dziełem artystów ze szkoły krakowskiej z XV w. Prawdopodobnie podczas jednej z wypraw pozostał na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej i trafił do rąk ruskiego popa. Jak przekazują kroniki, obraz z powrotem do Polski przywiozła Egrafina lub Ogrufina, branka wzięta podczas wojny moskiewskiej w 1610 r. przez Wespazjana Rusieckiego, dziedzica Ruszczy. Sama mogła być córką popa i jako pamiątkę na drogę otrzymała małą ikonę. Wyszła potem za mąż za kościelnego z Sulisławic, Macieja Praklę. Po jej śmierci obraz przekazano do kościoła, gdzie miejscowi otoczyli go niezwykłym kultem. Od pierwszych lat jego obecności w kościele towarzyszyły mu niezwykłe wydarzenia i cuda – opowiada ks. Kazimierz Sawościanik, obecny proboszcz sulisławskiego kościoła. Dziś, gdy czyta się opisy doznanych łask i cudów zapisanych w pożółkłych kronikach, można mieć wrażenie, że pamiętnikarze ubarwiali przekazywane im opowieści. Jednak warto zauważyć, że władza kościelna bardzo szybko wysłała do parafii specjalną komisję, aby zbadać wiarygodność dokonujących się niezwykłych uzdrowień i cudów. Podjęte w 1658 r. badania finalizuje dekret biskupi z 2 kwietnia 1659 r. i uznanie obrazu za cudowny i łaskami słynący. Przez trzy wieki nieprzerwanie w sanktuaryjnych kronikach odnotowywano przypadki doznawanych łask i uzdrowień. Nie słabł także ruch pielgrzymkowy, który sprawił, że Sulisławice stawały się duchową stolicą rozległej diecezji sandomierskiej. – Taka sytuacja sprawiła, że bp Marian Ryx wystąpił do papieża o pozwolenia na koronację obrazu. Wraz ze zgodą ojciec święty Pius X udzielił specjalnego miesięcznego odpustu jubileuszowego, który trwał od 15 sierpnia do 15 września 1913 r. I właśnie wtedy do Sulisławic ruszyły liczne pielgrzymki. Prowadzone wtedy statystyki pokazują, że codziennie przybywały tysiące pielgrzymów. Co było swoistym fenomenem jak na tamte czasy – opowiada proboszcz. Cudowne wydarzenia miały miejsce nie tylko sto lat temu. Ks. Wincenty Suwała, posługujący od wielu lat w sanktuarium, wspomina przypadek z lipca 1997 r., kiedy to zrozpaczeni rodzice przyszli zamówić Mszę św. w intencji chorego na białaczkę 10-letniego dziecka. Lekarze dali mu tylko kilka miesięcy życia. – Rodzice jednak usilnie błagali Matkę Bożą Bolesną o zdrowie dla dziecka; odprawiona została także w tej intencji Msza św. Po roku rodzice przyjechali oznajmić, że stan zdrowia ich pociechy znacznie się polepszył. Mówili, że lekarze zalecali ostrożność i sugerowali, że dopiero po trzech latach można będzie mówić, czy nie ma nawrotów choroby. Teraz co roku przybywają, aby dziękować za tę łaskę, a chłopiec cieszy się nadal bardzo dobrym zdrowiem – podkreśla ks. W. Suwała.

    Niezwykłe oblicze

    Sulisławski obraz jest także bardzo ciekawy z punktu widzenia historii sztuki. Długo utrzymywała się informacja, że to ikona Chrystusa z kręgu rusko-bizantyjskiego. Podczas gruntownej konserwacji w latach 1990–1991 konserwator krakowski Małgorzata Szuster-Gawłowska ostatecznie stwierdziła, że ten słynny wizerunek jest gotyckim obrazem na lipowej desce, który był wieczkiem bursy podróżnej, dlatego ozdobiony jest z wierzchu i od spodu dwoma obrazami, które wraz ze skrzyneczką stanowiły całość. – Rewers przedstawia wizerunek twarzy Jezusa znany z Mandylionu św. Weroniki, ukazujący zmartwychwstałego Chrystusa jak w Manoppello. Na awersie, czyli wierzchniej stronie, artysta namalował wizerunek Męża Boleści. W tym przedstawieniu poraniony, cierpiący i umęczony Jezus Chrystus stoi w grobie, typu skrzyni sarkofagowej i jest obejmowany przez cierpiącą Matkę, dlatego często obraz ten nazywany jest wizerunkiem Matki Bożej Bolesnej – tłumaczy ks. Kazimierz Sawościanik. Wielu historyków sztuki sugeruje jednak, że malarz na sulisławskim obrazie przedstawił scenę, gdy Chrystus wychodzi z grobu jako zwycięzca. Uzasadniają to tym, że na wielu innych obrazach Matki Bożej Bolesnej Chrystus ma oczy zamknięte, jako nieżyjący, zaś na obrazie sulisławskim Jezus patrzy, jako już żyjący po swym zmartwychwstaniu, dlatego sugerują, że ikona powinna być nazywana obrazem Jezusa Miłosiernego i Matki Bożej Pocieszenia.

    Cudownie ocalony

    Przez wieki doznający łask i pielgrzymi pozostawiali w sanktuarium liczne wota jako dziękczynienie za doznane łaski. Kosztowności i ozdoby umieszczane przy ikonie stawały się potencjalnym łupem złodziei. Pierwszej kradzieży i profanacji obrazu dokonano w czasie ostatniej wojny. Szybko go odnaleziono, był jednak ograbiony z ozdobnych sukni i złotych koron. Kolejnej kradzieży dokonano w 1992 r. Do dziś jest zagadką, jak obraz zniknął z ołtarza. Cudowne lub, jak chcą inni, zagadkowe i niewyjaśnione jest także jego odnalezienie. 17 marca 1994 r. proboszcz parafii św. Barbary w Warszawie otrzymał od nieznajomego mężczyzny zawiniątko, w którym był obraz odkupiony przez niego na bazarze. Podjęte przez policję na nowo śledztwo nie dało jednak odpowiedzi, jak obraz zaginął i od kogo został odkupiony. – Do dziś pamiętam dzień powrotu obrazu. Przez lata nieobecności modliliśmy się o to. Wielu z nas do dziś jest przekonanych, że to sami złodzieje ukorzyli się i oddali obraz. To był kolejny cud – podkreśla Jan Staniec.

    Ze starych kronik

    • Stanisław Bretkowicz (...) wraz ze swoją żoną dostał we wrześniu 1656 r. pomieszania zmysłów i wtedy dopiero odzyskali zupełną przytomność, gdy matka Bretkowicza ofiarowała nieszczęśliwych chorych do Matki Bożej w sulisławskim obrazie. • Aleksander hrabia z Tarnowa, kasztelan kijowski, spadłszy z konia, śmiertelnie zachorował, a zupełnie ozdrowienie swoje zawdzięczał modlitwom przed obrazem NMP w Sulisławicach. • Agnieszka Woyciechowska pod przysięgą zeznała, że jej córka Krystyna powietrzem zarażona umarła i leżała nieżywa do śródwieczerza. Gdy we łzach zawołała do Najświętszej Panny Sulisławskiej, ta o swej mocy na łóżku stanęła i wyglądała zdrowa, jako róży kwiat. • Szymon Żelaskowic, konsul Połaniecki, zeznał, że w 1657 r. ciężko zachorował, krwią plując przez dwa tygodnie, ofiarowawszy się pod opiekę NMP Sulisławskiej i votum uczyniwszy w Chorzelowie zaraz mu krew ustała i zdrów został. • W 1746 r. p. Maciejowska z Koprzywnicy, ociemniawszy, udała się do NMP Sulisławskieji po kilku mszach św. wzrok odzyskała, przypisując tę łaskę więcej cudowi niż lekom. • W r. 1855 w mieście Sandomierzu bardzo grasowała epidemia. Po wezwaniu opieki NMP Sulisławskiej i udaniu się na to miejsce w dniu 8 września t. r. cholera zupełnie z tym dniem ustała.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół