• facebook
  • rss
  • Bloki stały ciemne

    Andrzej Capiga, Marta Woynarowska


    |

    Gość Sandomierski 36/2013

    dodane 05.09.2013 00:00

    Społeczeństwo.
– Cały czas mieliśmy bazę u ks. Edwarda Frankowskiego, obecnie biskupa emeryta. Zawsze można było na niego liczyć. Oferował nocleg, pożywienie i salę na spotkania. Miał do nas pełne zaufanie – wspomina Czesława Szpytma, jedyna kobieta na czele strajku w hucie Stalowa Wola w 1988 r.


    Czesława Szpytma pracę w podziemiu, w dosłownym tego słowa znaczeniu, rozpoczęła w 1984 r. Poprzez znajomego nawiązała kontakt z Ryszardem Kardaszem (obecnie szefem Rady Nadzorczej HSW SA).


    Kobieta z konspiry


    – Zostałam poinformowana, skąd mogę brać prasę podziemną i w jakiej ilości. Później, za pośrednictwem mojego wydziału, został zorganizowany kolportaż dla innych wydziałów huty. Zostałam więc kolporterem. Pobierałam w odpowiednim miejscu prasę, w różnych prywatnych mieszkaniach, i segregowałam ją. Bardzo się bałam. Prasa podziemna była bowiem drukowana farbą, która nieznośnie śmierdziała! Wystarczyło, że ktoś stanął przed drzwiami i mógł od razu ją wyczuć. Wtedy też stale chodziłam do pracy z dużymi torebkami, dlatego aby przenosić prasę. Kobietom łatwiej było to robić, gdyż przeważnie nie były rewidowane. Rozprowadzałam także książki. Jeżeli przesyłka była duża, musiałam wchodzić kilka razy. W hucie „towar” przejmował ode mnie kolega, który rozprowadzał go po zakładzie – wspomina pani Czesława, obecnie już na emeryturze.
W 1985 r. została członkiem Tymczasowej Komisji Zakładowej „Solidarności” w Hucie Stalowa Wola. – Uważałam, że nie można udawać, iż nic w tym kraju się nie dzieje, stać obojętnie i pytać, dlaczego inni nic nie robią – dodaje.
Tymczasowa Komisja Zakładowa przestała samodzielnie istnieć po strajku w kwietniu 1988 r. Wcześniej, 13 października 1987 r., w siedzibie Sądu Wojewódzkiego w Sandomierzu kilkunastu działaczy „Solidarności” złożyło wniosek o rejestrację związku zawodowego. Przewodniczącym grupy założycielskiej był Wiesław Wojtas. Czesława Szpytma nie weszła w jej skład z osobistych powodów – była tuż po operacji. Do grudnia 1987 r. założyciele związku nie otrzymali z sądu żadnej odpowiedzi. W styczniu 1988 r. z inicjatywy Władysława Liwaka, prawnika, postanowiono powiększyć komitet założycielski oraz podjąć przez związek działalność, wprawdzie nielegalną, ale jawną. Członkiem poszerzonego komitetu została także Czesława Szpytma.
– Zawiadomiliśmy radę pracowniczą i dyrekcję huty, kto jest w składzie komitetu, i że podejmujemy działalność. Przez jakiś czas panowała zupełna cisza. Potem się zaczęło. Na terenie huty organizowano akcje potępiające komitet założycielski. W każdym wydziale robiono spotkania z pracownikami. W ten sposób dyrekcja sama nagłośniła sprawę naszego istnienia. Zrobili za nas robotę – mówi pani Czesława.
W kwietniu 1988 r. komitet założycielski zorganizował w hucie wiec – po pracy, przed budynkiem dyrekcji. Była to odpowiedź związkowców na coraz częstsze szykany, jakie spotykały ich głównie w pracy. Pracowników starano się wszelkimi sposobami odciągnąć od zebrania. Mimo tego przyszło około 5 tys. osób. Wśród nich nie zabrakło Czesławy Szpytmy.
W odpowiedzi na wiec dyrekcja zwolniła dyscyplinarnie z pracy Wiesława Wojtasa i Wiesława Turasza. Komitet założycielski odpowiedział strajkiem. Jego członkowie, a szczególnie przywódcy, Władysław Liwak i Krzysztof Dębski, musieli się ukrywać. Pani Czesława pełniła funkcję łącznika między nimi. Strajk musiał być bowiem koordynowany. Kiedy do niego doszło, Czesława Szpytma była poza hutą. Nie mogła wejść do zakładu. Razem z kilkunastoosobową grupą okupowała, aż do interwencji milicji, dom kultury. O tym, że strajk upadł, dowiedziała się z telewizji. Ze strajkującymi spotkała się 1 maja, po Mszy. Byli bardzo podłamani. Pani Czesława dostała upomnienie w pracy. Kierownik przestrzegał, że nie będzie jej dłużej chronił. Pracy związkowej jednak nie zarzuciła. W lipcu 1988 r. zorganizowano następny wiec w obronie wyrzuconych z pracy. Odbywały się sprawy w sądzie. Na wszystkich występowała jako świadek.
22 sierpnia przyszedł decydujący moment. Wybuchł jedenastodniowy strajk, który zakończył się sukcesem związkowców. Czesława Szpytma była jedyną kobietą wśród stojących na jego czele.


    Nielegalny proboszcz


    Rok 1988 przyniósł drugi sierpień, który zapoczątkował trwającą niecały rok agonię władzy komunistycznej. „Solidarność”, wbrew opinii Jerzego Urbana, ówczesnego rzecznika rządu, twierdzącego jeszcze 28 lipca, że trwale należy ona do przeszłości, pokazała swoją siłę i determinację. W uroczystość Matki Bożej Zielnej zaczęły się strajki, najpierw w Jastrzębiu-Zdroju, potem w Szczecinie. 22 sierpnia stanęła Stocznia Gdańska. Za jej przykładem poszli członkowie związku w Hucie Stalowa Wola.
Decyzja o strajku zapadła w niedzielę 21 sierpnia, podczas spotkania w domu katechetycznym przy parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski, w którym uczestniczyli członkowie Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, m.in.: Jerzy Armata, Marek Bąk, Zdzisław Bełczowski, Franciszek Chudzik, Waldemar Dziura, Wiesław Gajda, Czesław Garbacz, Ryszard Kotwica, Stanisław Krupka, Janusz Kubicki, Władysław Liwak, Roman Sudoł, Henryk Tonderys, Wiesław Turasz, Wiesław Wojtas, Emil Wolak, Jan Wołoszyn i Józef Zając.
Kiedy przed godziną ósmą została zerwana łączność telefoniczna z miastem, a trzy godziny później wszystkie telefony w hucie zamilkły, załoga domyśliła się, że rozpoczął się kolejny strajk. – Strajk był zaskoczeniem dla SB. Mieliśmy sześć godzin na zorganizowanie się – wspomina Wiesław Wojtas, przewodniczący komitetu strajkowego. O planowanym proteście wiedział jeszcze tylko ks. Edward Frankowski, ówczesny proboszcz parafii pw. MBKP. – Dwa wcześniejsze strajki – kwietniowy oraz lipcowy – były szkołą. Wyciągnąłem wnioski, gdzie popełniliśmy błędy, w jaki sposób nas zastraszyli, na którym odcinku wygrali wojnę psychologiczną. Ale to sprawiło, że zebraliśmy wokół siebie ludzi; ponadto pokazali się młodzi, zdeterminowani, gotowi razem z nami walczyć. I w sierpniu mieliśmy już jakąś kadrę, jakieś przygotowanie. Postawiliśmy przy tym na czystość strajku – zdecydowaliśmy, że nie będziemy ludzi mamić marchewką, podwyżkami. Ogłosiliśmy tylko jeden postulat – legalizację „Solidarności”. Myślę, że to się sprawdziło w naszym przypadku. W sierpniu w pierwszych dniach strajku opanowaliśmy bramę i już byliśmy mocni – mówi Wiesław Wojtas.
Władza próbowała pokazów siły. Wojsko ściągnięte do pacyfikacji huty, jadąc przez Tarnobrzeg, urządziło kanonadę. Mieszkańcy bloków przy ówczesnej ul. Dąbala (dzisiaj Sikorskiego) oraz Sienkiewicza w popłochu uciekali od okien w obawie, że jakiś pocisk może ich dosięgnąć. To miało złamać ducha społeczeństwa.
Przełomowymi dniami okazały się 25 i 26 sierpnia. Czwartego dnia strajku pracownicy narzędziowni w chwili, kiedy na teren zakładu wchodziła druga zmiana, wynieśli wykonany przez siebie metalowy krzyż, który stanął przy biurowcu. Podczas akcji towarzyszyła im pieśń „Nie zdejmę krzyża z mojej ściany”. Podbudowani tym wydarzeniem strajkujący zdecydowali się w piątek rano na opanowanie bramy nr 3. Wiesław Wojtas poszedł z kilkudziesięcioma osobami, by nawoływać stojących pod bramą ludzi do przyłączenia się. Wówczas stało się coś nieoczekiwanego. Tłum prowadzony przez kobiety przedarł się przez silny kordon wojska i ZOMO. – Miasto było jakby drugą placówką strajkową – opowiada Wiesław Wojtas. – Pod bramę non stop przychodzili ludzie, przynosili żywność, koce, wszystko, co było nam potrzebne. Rolnicy, nie tylko z okolicznych wsi, przywozili kiełbasę, warzywa. Tłum był pod bramą dzień i noc; ludzie przynosili sobie stołki, siedzieli, śpiewali i pilnowali, żeby nie było pacyfikacji. To był zakład zbrojeniowy i pacyfikacja była bardzo realna.
Protestujących hutników wspierała młodzież z Duszpasterskiego Ośrodka Kultury Chrześcijańskiej przy kościele MBKP, która służyła za kurierów, kolportowała ulotki, dostarczała strajkującym żywność. Ponadto zajmowała się zbieraniem informacji o koncentracji i posunięciach wojska w rejonie zakładu.
Nieocenioną pomoc w tych trudnych dniach nieśli stalowowolscy duszpasterze z ks. Edwardem Frankowskim na czele. Kiedy rankiem 26 sierpnia przyszedł on do kościoła, zastał tam już sporo ludzi. Zdecydował, że wezmą krzyż, obraz Matki Bożej oraz chorągwie i ruszą z procesją pod bramę huty. Po drodze milicja, ZOMO próbowały przeszkodzić im i uniemożliwić dalszy marsz, ale nie cofnęli się nawet na krok gorąco dopingowani przez niezłomnego kapłana. I tak doszli pod bramę nr 3, gdzie odprawił Mszę św., w której uczestniczyli strajkujący oraz mieszkańcy Stalowej Woli. Po Eucharystii duszpasterze zostali zaproszeni na teren huty. Tam na prośbę ks. Frankowskiego zostali – by wspierać duchowo oraz spowiadać – ks. Tadeusz Biały, ks. Andrzej Gardiasz oraz ks. Jan Niemiec.
Strajk zakończył się 1 września w odpowiedzi na apel Lecha Wałęsy. – Wyszliśmy z huty wieczorem, po 19.00. Było nas ok. czterech, pięciu tysięcy ludzi – wspomina Wiesław Wojtas. – Do kościoła szliśmy dwie godziny, najdłuższą z możliwych dróg. Na skrzyżowaniach stała drogówka, blokowała dojazd samochodów, autobusów, byśmy mogli spokojnie przejść. Szliśmy, a w oknach światła gasły, bo ludzie wychodzili z domów i dołączali do nas. Bloki stały ciemne. Do kościoła doszło ok. 20 tys. ludzi. Pod kościołem czekało 10 tysięcy. Ks. Edward Frankowski, stojąc w drzwiach świątyni, powiedział: – Nielegalny proboszcz wita nielegalną „Solidarność”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół