• facebook
  • rss
  • Poligon śmierci

    Andrzej Capiga, Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 19/2013

    dodane 09.05.2013 00:00

    Historia. Jeszcze do niedawna niektóre poniemieckie bunkry służyły mieszkańcom jako składy żywności czy niepotrzebnego domowego sprzętu. Porzucone butelki świadczą, że były to miejsca, gdzie organizowano również zakrapiane alkoholem imprezy.

    Piękne nowodębskie lasy usiane są bunkrami, które przypominają o ponurej historii tego terenu. Na początku lat 40. ubiegłego wieku funkcjonował tutaj ogromny poligon, gdzie Niemcy nie tylko testowali nową broń czy ćwiczyli swoich żołnierzy, ale także założyli obozy przymusowej pracy. Teraz bunkry jednych straszą, innym z kolei podsuwają pomysły komercjalnego ich wykorzystania.

    Ziemniaki w bunkrach

    – Nie zastanawialiśmy się jeszcze nad tym, czy znajdujące się na terenie naszej gminy bunkry wykorzystać pod turystycznym względem. Nie byłoby to zresztą łatwe, gdyż niektóre z nich znajdują się na prywatnym terenie, na przykład w Hucie Komorowskiej, inne w Lasach Państwowych – wyjaśniała Janina Wojtowicz, zastępca wójta gminy Majdan Królewski. Po bunkrach oprowadza nas Konrad Wydro, pasjonat historii i miejscowy regionalista, który podzielił opinię zastępcy wójta. – Faktycznie, oprócz grubych murów bunkry nie stanowią dla potencjalnych turystów większej atrakcji; są zaśmiecone, zagracone, a niektóre służyły jeszcze niedawno mieszkańcom jako pomieszczenia do przechowywania ziemniaków... Czasami penetrują je poszukiwacze skarbów, wyposażeni w wykrywacze metali – mówi. Pan Konrad pokazuje niemiecką mapę z zaznaczonym poligonem, a dokładnie z trzema: lądowym (ćwiczyła tam piechota i artyleria), dla oddziałów SS oraz lotniczym dla Luftwaffe. Dokładnie poligonowi przyjrzał się nowodębianin Tomasz Sudoł, pracownik IPN w Rzeszowie. Efektem jego pracy była wydana w 2010 r. książka „Poligon Wehrmachtu Południe”. – Truppenübungsplatz Süd funkcjonował w latach 1940–1944. Był olbrzymim ośrodkiem szkoleniowym, na którego terenie znajdowały się dwa duże garnizony w Dębie (Lager Deba) i Mielcu (Lager Mielec). Całością zarządzała komendantura poligonu, zlokalizowana w Dębie. Na poligonie szkoliły się, formowały bądź reorganizowały jednostki Wehrmachtu, w tym również liczne oddziały złożone z ochotników ze wschodniej Europy, pozyskanych przez Niemców do tzw. krucjaty przeciwko bolszewizmowi, jak propaganda niemiecka określała wojnę z Rosją. Jeśli jednak na tym zakończylibyśmy opisywanie historii poligonu, to byłby to obraz zafałszowany. Jego funkcjonowanie to również wysiedlenia ludności polskiej z kilkudziesięciu miejscowości na terenie ziem tarnobrzeskiej, kolbuszowskiej i mieleckiej, obecność na terenie poligonu szeregu obozów pracy przymusowej, w których do 1943 r. więziono ludność żydowską (m.in. Dęba, Huta Komorowska, Biesiadka), to obóz karny Służby Budowlanej w Dębie, funkcjonujący w latach 1940–1942 i wreszcie terror policji porządkowej i akcje przeciwpartyzanckie, realizowane przez wojsko w ścisłej współpracy z policją porządkową, w trakcie których ginęli ludzie i palono domostwa. To także tragiczny los tysięcy jeńców radzieckich, którzy zginęli za drutami obozu w Majdanie Królewskim – wymienia Tomasz Sudoł.

    za kolczastym drutem

    Jesień 1940 r. była dla mieszkańców Huty Komorowskiej tragicznym czasem. Hitlerowcy wysiedlili bowiem wówczas całą wioskę, ok. 800 osób, które skazane zostały na tułaczkę w poszukiwaniu dachu nad głową. Niemiecki okupant potrzebował terenów pod rozbudowę poligonów oraz obozy pracy. W sumie od 1940 r. do 1944 r. w dawnym powiecie kolbuszowskim ofiarami przesiedleń padło kilka tysięcy osób, zamieszkujących ok. 30 miejscowości. Zaraz po wysiedleniach w Hucie Komorowskiej zorganizowany został obóz pracy przymusowej dla ludności żydowskiej. Trafiali do niego Żydzi z likwidowanych gett m.in. w Majdanie Królewskim, Baranowie, Kolbuszowej, Rzeszowie oraz Przemyślu. Część została przywieziona z Niemiec, Holandii, Belgii. W pięknym parku otaczającym rodową siedzibę Kozłowieckich latem 1941 r. rozpoczęto budowę czterech drewnianych baraków. Potem pojawiły się wieże wartownicze i nieodłączny element każdego obozu – kolczasty drut. Więźniowie pracowali przede wszystkim przy wyrębie lasu oraz budowie dróg dojazdowych na poligon. Mordercza praca ponad siły ludzi głodzonych, chorych, zbierała szybko śmiertelne żniwo. Niezdolnych do pracy dozorcy obozowi zabijali, ciała zaś chowano w nieznanym dotychczas miejscu. – Liczba ofiar obozu w Hucie Komorowskiej jest dziś trudna do ustalenia, a podawane po wojnie szacunkowe liczby, od 1,5 tys. do nawet 3 tys., są zawyżone. W literaturze podawana jest również informacja o 750 ciałach, które miano ekshumować po wojnie, jednak nie zachowały się żadne dokumenty potwierdzające ten fakt – dodaje Tomasz Sudoł.Obóz funkcjonował do lata 1943 r. Pozostałą przy życiu garstkę żydowskich więźniów hitlerowcy wywieźli do lasu w Borze koło Głogowa, gdzie ich rozstrzelali, a ciała zakopali.

    Cudem ocaleni

    Tylko nieliczni więźniowie obozu w Hucie Komorowskiej przeżyli go. Wśród cudem ocalonych była Adela Schwarzer, z urodzenia krakowianka. W 1941 r. całą rodziną – wraz z matką Malką Beilą, ojcem Mechelem oraz szóstką rodzeństwa: Izaakiem, Gustą, Heleną, Samuelem, Reginą i Amelią – zostali przeniesieni do getta w Rzeszowie. W tym samym roku w maju zmarli jej rodzice. Ona zaś wiosną 1942 r. znalazła się w obozie pracy w Biesiadce, gdzie zmuszana była do wycinania drzew. „Moim przełożonym był niski gruby Niemiec, ubrany zawsze w cywilne ubranie i mały zielony kapelusz z piórkiem na głowie” – wspominała. – „Kiedy przybyliśmy do obozu, zobaczyliśmy, że jest tam cała masa robactwa. Wkrótce całe nasze ciała były pokryte robakami. Aby przeżyć, musieliśmy jeść coś w rodzaju zupy ziemniaczanej, w której było dużo piasku. Pilnowali nas volksdeutsche, Polak i Ukrainiec. Kiedy usiłowaliśmy rozprostować plecy, bito nas kijem. Kiedy raz zemdlałam, musiałam leżeć na ziemi, dopóki sama nie odzyskałam przytomności. Nikomu nie było wolno mi pomóc. Wiele razy widziałam, jak chorzy byli zmuszeni do kopania własnych grobów, zanim ich zastrzelono...”. W lutym 1943 r. trafiła do obozu w Hucie Komorowskiej, gdzie „także musiałam ścinać lasy. Nie miałam odpowiedniego ubrania, więc moje ręce były przemarznięte. Żyliśmy dzięki odpadom ze śmietnika, skórkom od ziemniaków itp. Baraki były pełne robactwa – cierpieliśmy od tego dzień i noc, walka z robakami była naprawdę wyczerpująca. Nie było prycz – spaliśmy na bardzo zimnej podłodze. Zachorowałam na tyfus. Byłam wciąż jeszcze chora, kiedy zmuszono mnie do ciężkiej pracy fizycznej. Jedzenie było fatalne. Nocami musieliśmy wystawać godzinami na baczność na zewnątrz baraków. Kapo groził wtedy, że nas zastrzeli lub odeśle z powrotem (do getta). Bił nas swoim rewolwerem”. Życie Adeli Schwarzer uratowała decyzja o kolejnym przeniesieniu, tym razem do obozu w Płaszowie. Później była Częstochowa i w końcu Bergen-Belsen, gdzie w czasie wyzwalania obozu znaleziono ją nieprzytomną, leżącą na stosie martwych ciał. Ważyła zaledwie 23 kg. Odratowano ją w Szpitalu Generalnym 81 BR. Po wojnie osiadła w Szwecji, gdzie zmarła w maju 2005 roku. Przez obóz w Hucie Komorowskiej przeszedł również Mosze Oster, gdzie trafił jako nastolatek wraz ze swą siostrą Lolą jesienią 1942 r. z likwidowanego getta rzeszowskiego. Potem był w Pustkowie, w końcu w Auschwitz. Uratował go znajomy Żyd, który w chwili wyzwalania obozu wyciągnął go ze stosu trupów. Był tak skrajnie wycieńczony, że nie był w stanie nawet mówić, dawał znaki tylko oczami. W 2007 r. Mosze Oster odsłonił pomnik poświęcony więźniom obozu w Pustkowie. Uczestniczył również w rzeszowskim Marszu Żywych, upamiętniającym Żydów zabitych w tamtejszym getcie. – U nas jedynym śladem mówiącym, że kiedyś był tu obóz, w którym ginęli Żydzi, a później Polacy, jest pomnik stojący w parku przy dawnym pałacu Kozłowieckich – wyjaśnia Konrad Wydro. – A o tym, że kiedyś na tych terenach mieszkali wyznawcy Mojżeszowi, świadczy kirkut w Majdanie Królewskim. Majdan Królewski był świadkiem nie tylko martyrologii Żydów, w tamtejszym obozie dla jeńców radzieckich, z rąk hitlerowskich oprawców zginęło kilka tysięcy czerwonoarmistów.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół