• facebook
  • rss
  • Podróż za jeden obraz

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 16/2013

    dodane 18.04.2013 00:00

    Camino. – Gdy dowiedziałem się o śmierci ks. Romana, serdecznego przyjaciela, postanowiłem dla niego przebyć tę trasę. Zawsze chciał być w Santiago. Podczas pielgrzymowania czułem, że wędrował ze mną – opowiada o podróży angielską trasą Jan Żukowski, malarz i podróżnik ze Staszowa.

    Właściwie wszystko zaczęło się od przypadku. Malując przez lata w swojej domowej pracowni i ucząc młodych artystów w Staszowskim Ośrodku Kultury, pan Jan nigdy nie sądził, że będzie pierwszym Polakiem, który przybędzie do Santiago de Compostela klasyczną drogą angielską, czyli pokonując trasę morską i lądową.

    Testament przyjaciela

    – Mój serdeczny kolega Rysio Pietkiewicz kupił jacht. Jak się okazało, był przystosowany do żeglugi po bardzo ciepłych wodach. Na nasz Bałtyk po prostu się nie nadawał. Pomagałem mu w remoncie łodzi i dostałem propozycję, aby odbyć z nim rejs życia na Wyspy Kanaryjskie. Tak się złożyło, że w tym czasie dostałem wiadomość o śmierci mojego serdecznego przyjaciela ks. Romana Stępnia, proboszcza w Baćkowicach. Nie miałem szans zdążyć na pogrzeb, bo testowaliśmy łódź na Zatoce Wiślanej. Wtedy poprosiłem Ryśka byśmy popłynęli drogą morską do Santiago – wspomina początki Jan Żukowski. Wiedział, że ks. Roman marzył o podróży do jakubowego sanktuarium. – Znaliśmy się ponad 35 lat. Wielokrotnie słuchałem jego opowiadań o podróżach do Rzymu czy Ziemi Świętej. Często wspominał o planach wyprawy do Santiago. Jednak nie było mu dane. Wtedy postanowiłem, że pójdę za niego, a raczej, że pójdziemy razem, tylko on będzie mi towarzyszył duchowo – dodaje. Gdy łódź już była gotowa, wspólnie z kapitanem opracowali szlak dotarcia do Hiszpanii. Nie było łatwo, bo nie ma zbyt wielu materiałów mówiących o jakubowej morskiej drodze do Santiago de Compostela. Postanowili obrać drogę skandynawską, bo w Szwecji mieli dołączyć do nich przyjaciele kapitana. – Wyruszyliśmy z Elbląga dokładnie 2 maja 2012 r., potem na półwysep Hel, przez obwód kaliningradzki na Christainsø i Bornholm. Niestety, na Morzu Północnym nie było dobrych warunków i musieliśmy wrócić na trasę wzdłuż wybrzeży Europy. Po wizycie w 92 portach dotarliśmy do hiszpańskiego portu A Coruña – opowiada staszowski artysta. Oczywiście, podczas wspominek nie brak opowieści o morskich i portowych przygodach, gdyż dla pana Jana była to pierwsza morska wyprawa. W A Coruña odbywał się w tym czasie zlot żaglowców i na redzie zjawiły się także polskie żaglowce „Zawisza Czarny” czy szkolna „Iskra”. – A Coruña to był mój port docelowy. Moi przyjaciele popłynęli dalej żeglować na ciepłe wody. Ja zaś wsiadłem do pociągu i pojechałem do Santiago, by dowiedzieć się w sprawie mojego Camino. Na miejscu spotkałem ks. Romana Wcisłę, saletyna, który oprowadzał po sanktuarium załogę „Zawiszy Czarnego”. To właśnie on podpowiedział, bym zrobił trasę angielską, jak już przepłynąłem tyle mil. Wziąłem paszport pielgrzyma i pojechałem na start trasy, czyli do Ferrol nad Oceanem Atlantyckim.

    Malarskie camino

    Staszowski pielgrzym miał przed sobą do przejścia ponad 120 km. W kieszeni tylko 300 euro. Jednak, jak mówi, w plecaku miał skarb najważniejszy. Oprócz najpotrzebniejszych rzeczy do wędrówki zabrał jeszcze wersję mini warsztatu malarskiego. – Nie lubię być bezczynny. Już na jachcie dużo malowałem i szkicowałem. Wiele tych prac zostało gdzieś w portach. Podobnie było i podczas Camino. Gdy było zbyt gorąco i trzeba było zrobić sjestę, stawałem, wyciągałem kartkę i malowałem to, co widziałem. Często za taki obrazek, który powstał w ciągu pół godziny, dostałem dobry obiad albo nocleg w albergue. Moje prace stawały się towarem wymiennym – z uśmiechem dodaje pan Jan. Rozglądając się po mieszkaniu pana Jana, można dostrzec różne malarskie „pocztówki z Camino”. Jedne przedstawiają pielgrzymów, inne piękne hiszpańskie pejzaże lub budowle. – Samo pielgrzymowanie jest niesamowite. Tego nie można opowiedzieć ani zapomnieć. Jest inne niż nasze polskie pielgrzymki. Tam idzie się najczęściej samemu. Jest czas na przemyślenie wielu spraw. Podczas drogi uczy się człowiek przede wszystkim pokory wobec innych, bo jest się w dużej mierze zależnym od gościnności innych, po drugie pokory wobec własnych sił fizycznych, a po trzecie pokory wobec Boga, który podczas tego pątniczego wędrowania zmienia diametralnie człowieka – dodaje. Opowiadając o pięciodniowym wędrowaniu, pan Jan nie kryje, że przychodziły także momenty kryzysu, zniechęcenia. – Angielski szlak jest wyjątkowo trudną i górzystą trasą. Ostre podejścia naprawdę dają w kość. W tych trudnych chwilach czułem wsparcie śp. ks. Romana, wiedziałem, że muszę zebrać siły, wziąć plecak i ruszać dalej. On tam, z góry, mnie mobilizował – opowiada ze wzruszeniem. Wspomina także poznanych ludzi, w tym padre Antonia z Włoch, który wędrował z małą grupką znajomych. – Zadziwiające jest to, że często na trasie spotyka się turystów, którzy idą Drogą św. Jakuba bez, powiedzmy, pobudek religijnych, jednak gdy dochodzą do katedry w Santiago, szukają konfesjonału czy rozmowy z duchownym. Szlak ich przemienia. Podobnie było i u mnie. Camino nie tylko pozwoliło mi spełnić testament przyjaciela, ale także przemyśleć wiele spraw i poukładać je gdzieś w sercu – opowiada pan Jan.

    Wystawa życia

    Z ukończeniem Camino przygoda staszowskiego podróżnika się nie skończyła. Po podróży zatrzymał się w Monte do Gozo u ks. Romana Wcisły, tam – jak zawsze w wolnych chwilach – malował. – Wszystko przez te obrazy, to one zatrzymały mnie w Hiszpanii na kolejne miesiące – śmieje się. – W Santiago organizowano wystawę z okazji trzydziestolecia ogłoszenia Aktu Europejskiego. Wystawa miała nosić tytuł „Camino – Droga życia”. Ja byłem malarzem świeżo po pielgrzymowaniu, więc zaproponowano mi udział w wystawie. Zapewniono mi narzędzia i dwa miesiące mieszkania w klasztorze. Słodką pokutą miały być obrazy pokazujące trasę, ale i codzienność pielgrzymowania – opowiada. Tak powstało ponad 20 prac pokazujących piękno szlaku, miejsca wyjątkowe związane z wędrowaniem oraz samo Santiago de Compostela. Wystawę, na której prezentowało swoje prace jeszcze kilku artystów, otwarto w seminarium duchownym w sąsiedztwie samej katedry. – Sam powrót do domu też był ciekawy – przez Brukselę i dzięki życzliwości jednego z europosłów wreszcie dotarłem w rodzinne strony. Dziś mogę powiedzieć, że to była podróż, przygoda i wystawa życia. Cała ta dobroć, której doświadczyłem, poskutkowała tym, że teraz chcę tym dobrem się podzielić – tłumaczy Jan Żukowski. Kolejne obrazy z cyklu „Camino” powstały już w Staszowie. To właśnie one trafią na organizowaną w mieście wystawę. Ponadto wraz z synem i rzeszą przyjaciół planują utworzenie centrum integracji osób niepełnosprawnych, które pomagałoby osobom wykluczonym przez różne ułomności wyrażać swoje uczucia poprzez malarstwo, i przez to zbliżyć się do społeczeństwa. – Ta wystawa ma być otwarciem dyskusji nad planowanym projektem. Myślę, że entuzjazm taty pozwoli na przeszczepienie jego pasji wielu osobom, które może gdzieś w sobie kryją talenty, a innym ukaże, że niepełnosprawność nie oznacza inności – wyjaśnia syn Dawid.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół