• facebook
  • rss
  • Od paluszka w buzi po ślub

    dodane 04.04.2013 00:00

    O pasji, która stała się zawodem, z Bogdanem Myśliwcem, fotoreporterem „Super Nowości”, członkiem Tarnobrzeskiego Towarzystwa Fotograficznego, rozmawia Marta Woynarowska.

    Marta Woynarowska: Czy szykuje nam Pan jakąś niespodziankę w tym roku?

    Bogdan Myśliwiec: Owszem. Mam nadzieję, takie są plany, że będzie gotowa na maj.

    Szczegóły?

    Będzie to kolejny, szósty już w moim dorobku album fotograficzny. Tym razem trochę nietypowy, bo składający się nie tylko ze zdjęć moich, ale również znanych i nieznanych autorów, w tym wielu już nieżyjących. Będzie przedstawiał Tarnobrzeg wczoraj i dzisiaj. Chciałem ukazać, jak na przestrzeni ponad stu lat zmieniało się to miasto. Niestety, był problem z fotografiami archiwalnymi, niewiele mamy bowiem zdjęć dawnego Tarnobrzega. Najstarsze zachowane pochodzi z 1896 r. i przedstawia kościół ojców dominikanów. Materiałów szukałem u osób prywatnych, w archiwach, instytucjach.

    Czym dla Pana jest fotografia – pasją czy zawodem?

    Od początku to była moja ogromna pasja. Fotografowaniem zająłem się, kiedy dostałem pierwszy aparat – smienę. Miałem wówczas 17 lat, więc pozostaję wierny tej pasji już od ponad czterech dekad. Z czasem z pasji zrodził się zawód. Nigdy bowiem nie traktowałem fotografii jako rzemiosła, ale jako dziedzinę artystyczną, niezwykle kreatywną. Naturalnie, nie uniknę pewnej formy dokumentu, którym jest zdjęcie prasowe robione dla mojej redakcji, ale dążę przede wszystkim do fotografii artystycznej, będącej odskocznią od fotografii zawodowej.

    Efekty Pańskiej pasji można oglądać na wystawach, ale nie tylko...

    Mam w swoim dorobku już pięć albumów o różnej tematyce.

    Który z nich jest tym szczególnym?

    – Bezsprzecznie „Powódź 2010”, przygotowywany wspólnie z moją redakcyjną koleżanką Małgosią Rokoszewską. Dokumentuje to, co działo się w Tarnobrzegu, Gorzycach i Sandomierzu. Darzę go sentymentem, choć odwołuje się do trudnych dni, bo uważam, że jest to solidna robota reporterska. Wykonałem wówczas kilka tysięcy zdjęć. W gazecie wykorzystano niewielką ich część, poza tym prasa żyje dzień, dwa. Nie chciałem, by fotografie dokumentujące największą powódź ostatniego 100-lecia, ot, tak przepadły. Stąd pomysł na album, który pozostanie.

    W pracy fotoreportera stykał się Pan z różnymi sytuacjami, był obserwatorem, czasem uczestnikiem różnych wydarzeń.

    Wprawdzie jestem fotoreporterem gazety lokalnej, ale także tutaj dzieją się doniosłe, czasem tragiczne zdarzenia. Niemniej te, które na zawsze utkwiły mi w pamięci, sięgają początku lat 80. i wspaniałych chwil pierwszej „Solidarności”. Byłem w Gdańsku, dokumentowałem to, co się wówczas działo w stoczni; uczestniczyłem w odsłonięciu pomnika Stoczniowców. Ta gorączka, jaka wtedy panowała, udzielała się nam, fotoreporterom. A ostatnim, świeżym przeżyciem, na szczęście z pomyślnym zakończeniem, był lot motolotnią nad okolicami Tarnobrzega. Doszło do awarii silnika i, niestety, mieliśmy przykre lądowanie.

    Najważniejsze zdjęcie?

    Zrobiłem, nie chcę się chwalić, kilka naprawdę dobrych fotografii. Ostatnią pracą, nagrodzoną nawet w Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej Grand Press Photo, był obraz ukazujący orła w locie atakowanego przez mewę. Ale mam dwie szczególne dla mnie fotografie, z którymi wiążą się wzruszające i niecodzienne historie. Jedną z nich jest portret starszego mężczyzny. Prawie codziennie przesiadywał na ławeczce na placu Surowieckiego, paląc papierosa umieszczonego w fifce. Mijałem go, idąc do pracy. Kiedyś zatrzymałem się i zapytałem, czy zgodziłby się na zdjęcie. Ucieszył się. Rok później zmarł. Po pewnym czasie otrzymałem od jego córek mieszkających w Niemczech prośbę o to zdjęcie. Z powodu trudnych relacji z ojcem nie miały po nim żadnych pamiątek. Kolejna fotografia pochodzi z lat 80., kiedy to pewna mama poprosiła, bym zrobił fotkę jej dzieciom – Martusi i Tomkowi. Zauroczyły mnie. Chłopczyk trzymał paluszek w buzi, jego siostrzyczka zaś siedziała obok, trzymając koniec sukienki. Zapamiętałem jej ogromne oczy. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dwa lata temu ta dziewczynka, już dorosła, poprosiła mnie, bym sfotografował jej ślub.

    Który rodzaj fotografii jest Panu bliższy? Miasto ze swoim pędem, szumem, czy przyroda, przepełniona ciszą?

    Nie stawiam jakichś granic pomiędzy nimi. Przyroda w mojej twórczości pojawiła się nieco później. Możliwość obserwowania, podglądania zwierząt w ich naturalnym środowisku, stanowi dla mnie wspaniały rodzaj relaksu. Odpoczywam wówczas. To są najpiękniejsze chwile, które nie dzieją się gdzieś tam wirtualnie, tylko tuż przy mnie.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół