• facebook
  • rss
  • Powrót na Czerwoną Wyspę

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 41/2012

    dodane 11.10.2012 00:15

    Dokładnie w 100. rocznicę śmierci poleciał do swego ukochanego Madagaskaru.


    Już w czerwcu zaczęły się tam uroczystości związane z obchodami 100. rocznicy śmierci bł. o. Jana Beyzyma – mówi artystka Dorota Kozioł. – W Ambahivoraka, pierwszej placówce, gdzie podjął pracę na rzecz trędowatych, w czerwcu tego roku jezuici ufundowali niewielki pomnik. Stanął w miejscu nieistniejącego już od dawna schroniska. Mimo że upłynął ponad wiek od czasu pobytu tam o. Beyzyma, to pamięć o nim jest wciąż żywa. Na 14 października natomiast planowane są duże uroczystości w szpitalu pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Maranie, który ojciec wybudował specjalnie dla chorych na trąd.
– Od dawna myślałam, by namalować jego portret i ofiarować go mieszkańcom Madagaskaru – zwierza się D. Kozioł. – Kiedy przed paru laty byłam w Maranie, zauważyłam, że oprócz jakichś kilku małych i kiepskiej jakości zdjęć nie ma obrazu z podobizną budowniczego szpitala. Pomyślałam, że byłby to taki polski ślad w tym miejscu.
Pomysł jednak pani Dorota odkładała na kolejne lata. Aż w początkach września znajomy jezuita pracujący na Madagaskarze poprosił, by czym prędzej namalowała duży portret 
o. Jana Beyzyma tak, by mógł zawisnąć w kaplicy szpitalnej w Maranie 14 października. – Była chwila zawahania – mówi pani Dorota. – Bo maluję farbami olejnymi, które po zawerniksowaniu potrzebują trochę czasu na wyschnięcie. Obawiałam się, że mogę nie zdążyć, bo obraz miał polecieć na Madagaskar 2 października, na ten dzień bowiem jezuita mający go zawieźć miał zarezerwowany bilet na samolot. I wówczas nas nagle olśniło, że przecież to rocznica śmierci o. Beyzyma. W dodatku planowy odlot przewidziany jest na godzinę, w której odchodził do wieczności. Zgodnie stwierdziliśmy, że w tym zbiegu okoliczności jest coś więcej, coś się za tym kryje. To przecież symboliczny niejako powrót „Posługacza Trędowatych”.


    Płótno w efekcie okazało się portretem zbiorowym, albowiem malarka ukazała o. Jana w otoczeniu trzech malgaskich chłopców, za których plecami rozciąga się pejzaż Czerwonej Wyspy. – Najbardziej zadowolona jestem z o. Beyzyma, bo, nie chwaląc się, udał mi się – cieszy się pani Dorota. – Ale kosztował mnie wiele sił, natomiast podobizny Malgaszów już nie są takie, jak bym chciała. Zwłaszcza że deprymująco działała na mnie presja czasu. 
Artystka pracowała przez kilkanaście dni od rana do nocy. Posłuszeństwa zaczęło odmawiać jej zmęczone ciało, zwłaszcza nogi i ręce. W głowie wirował zapach terpentyny. Ale w tym twórczym trudzie towarzyszył jej i prowadził ją o. Beyzym.
Fascynacja postacią ojca trędowatych skłoniła artystkę do sięgnięcia również po pióro. Efektem są dwie książki o bł. ojcu Janie z przedmową kard. Stanisława Dziwisza, które ukazały się w początkach października. Jedna skierowana do dzieci, druga do nieco starszego czytelnika. – To taka niezwyczajna biografia, zawierająca zbiór opowieści o jego życiu, trudach pracy na Madagaskarze – dodaje autorka. – Tytuł jest prosty „Polski samarytanin”, a zaczerpnęłam go z miana jakim określiła o. Beyzyma francuska prasa, anonsując jego śmierć w 1912 r.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół