• facebook
  • rss
  • Dwa piętra pod ziemią

    Joanna Jureczko-Wilk

    |

    Gość Warszawski 31/2012

    dodane 02.08.2012 00:00

    Za dwa lata stolicy przybędzie niecodzienne muzeum: w piwnicach kamienicy przy ul. Konopczyńskiego 5/7, tak jak 68 lat temu, staną polowe łóżka i dawny sprzęt medyczny.

    Zaczęło się do tego, że w ręce Jadwigi Kwiatkowskiej, która mieszka przy ul. Konopczyń- skiego, wpadł powielony maszynopis wspomnień sanitariuszki Marii Baranowskiej ps. Adela, która – jak się okazało – w czasie Powstania Warszawskiego opatrywała rannych w piwnicach swojego bloku. Wraz z innymi obecnymi mieszkańcami zaczęli odtwarzać losy kamienicy. Zeszli do piwnic, a potem... jeszcze niżej.

    Operacja: bunkier Budowę luksusowej wielopiętrowej kamienicy z trzema klatkami ukończono rok przed wybuchem wojny. Architekt Ludwik Paradistal dodatkowo wyposażył ją w wysoki i duży schron przeciwlotniczy. To właśnie do niego dr Stanisław Żegliński, chirurg z pobliskiego szpitala dziecięcego przy ul. Kopernika, przeniósł z sąsiedniej kamienicy szpital dla rannych powstańców i ludności cywilnej. W kilku salach i na korytarzach leżeli ranni. Zorganizowano tez niewielką salę operacyjną. Osób z wojennymi obrażeniami przybywało, a schron nie miał wentylacji. Wybito więc dziurę w murze (do dzisiaj można obejrzeć zabudowaną i zamalowaną na czarno wyrwę), od strony opadającej skarpą ul. Tamki. Sanitariuszka Baranowska pisze we wspomnieniach: „Sale były tak wypełnione rannymi, że nie było gdzie ich kłaść. Leżeli po dwoje na pryczach i na podłodze obok prycz i w przejściach. Trudno było się poruszać, bo nie było gdzie postawić stopy”. – Warunki szpitalne były wtedy skrajnie trudne. Nie było światła, wody, kanalizacji, brakowało sprzętu medycznego i leków – mówi Jacek Żegliński, syn bohaterskiego lekarza. Szpital działał do 6 września 1944 r. Wtedy to Niemcy wkroczyli na podwórze przy Konopczyńskiego. Naprzeciw wyszedł im dr Żegliński. – Wchodzili przez dziurę wywaloną pociskiem armatnim, od ul. Bartoszewicza – wspomina Zdzisław Sadowski ps. Czarski, kapral chorąży zgrupowania „Krybar”, który wtedy leżał w szpitalu z rozwaloną ręką i nogą. – Jak usłyszałem złowrogi język, odwróciłem się do ściany i czekałem, aż dostanę serię, bo już wtedy było wiadomo, że oni rozwalają rannych w szpitalach polowych. Weszli do schronu, ale nas nie rozwalili, tylko pozwolili na to, żeby wynosić chorych. Nie wiem, jak doktor to załatwił. Chodziły słuchy, że za nasze uratowanie ofiarował im butelki koniaku z piwnic znanej firmy alkoholowej, którą na Tamce przejęli powstańcy. Wychodząc jednak, Niemcy podpalili kamienicę. Schron nie chronił przed dymem. Tylko 20 chorych wyszło na podwórko o własnych siłach, pozostałe 160 osób wynieśli: lekarz, sanitariusz „Kuba” oraz 9 sanitariuszek. Wszyscy się uratowali. Dr Żegliński znalazł im schronienie w Brwinowie. Muzeum pomoże – Mamy zdjęcia ze szpitali polowych, nagrane wywiady z ludźmi, którzy pamiętają to miejsce, nasi specjaliści, historycy pomogą odżyć historii – obiecuje Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Jeśli fundacji Warszawskie Szpitale Polowe uda się zdobyć środki, za dwa lata, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, przy Konopczyńskiej zostanie otwarte niezwykłe muzeum.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół