• facebook
  • rss
  • Cienkimi nićmi szyta

    Andrzej Nowak

    |

    Gość Sandomierski 28/2012

    dodane 12.07.2012 00:00

    Społeczeństwo. Tylko najstarsi pamiętają jej burzliwą historię. Maria Durlej zapisała ją kolorowymi nićmi na makatce.

    Wśrodku lasu jedynie zdziczałe jabłonie i pozostałości piwnic przypominają, że właśnie tutaj tętniła życiem, zagubiona w Górach Świętokrzyskich, wioska Orłowiny. Była jeszcze dzieckiem, gdy wraz z rodzicami wyprowadziła się z Orłowin czterdzieści kilometrów dalej, za Opatów. Wyjechali stąd prawie wszyscy mieszkańcy. Wieś przestała istnieć. Na ziemię swoich ojców i dziadów Maria Durlej jednak często wracała. Przyjeżdżała na motocyklu ze swoim mężem Henrykiem, także orłowiakiem. Zatrzymywali się na chwilę przy krzyżu, by trochę powspominać. Za krajobrazem dzieciństwa tęsknili też inni. Przed dziesięciu laty zaczęli się spotykać w nieistniejącej już wiosce. Pojawiali się z nimi młodzi, dzieci, wnuki. – Co to za wieś, skoro rośnie tylko las? Jak w ogóle można tu było żyć? – pytali. Nie mogli uwierzyć, że w środku lasu toczyło się bogate życie. Maria Durlej próbowała im opowiadać, ale po tych spotkaniach pozostawał zawsze niedosyt. Postanowiła z mężem narysować plan miejscowości.

    Wyszywana historia

    – Szkicowaliśmy we dwoje – opowiada. – Mąż pamiętał więcej, bo jest osiem lat ode mnie starszy. Pomagałam mu, dopytywałam, by ująć wszystko. Plan wzbudził olbrzymie zainteresowanie. To zachęciło Marię Durlej, by trwalej uwiecznić dawną wioskę. Wyszyła na płótnie każdy dom, każdą dróżkę. – Jest w nas miłość do tamtych terenów – dodaje pan Henryk. – Dlatego mogła powstać ta wyszywana historia. Tylko my mogliśmy ją przedstawić, bo oboje stamtąd pochodzimy. W ich pokoju stołowym uwagę zwraca wisząca na ścianie duża wielokolorowa makatka oprawiona w ramy. Wystarczy na nią spojrzeć, by wyobrazić sobie dawną wioskę. Cała tonie w kwiatach, jest jak z baśni, nierzeczywista. Wydaje się, że wystarczy zrobić krok, by znaleźć się w tajemniczym ogrodzie. Pani Maria wyszywała przeważnie wieczorami, w wolnych chwilach. Najpierw postanowiła nanieść wszystkie zabudowania z przygotowanego wcześniej szkicu. Zwykłym ołówkiem, ręcznie, bez żadnej linijki, jak tylko potrafiła najlepiej. Wiedziała, że tu będą nici, więc nie trzeba tak dokładnie. Pracowała po trochu. Blisko dwa miesiące. Wzdłuż drogi wykonała domki, za nimi po jednej stronie – łąki, po drugiej – pola uprawne. A wszystko otoczone lasem. Później obok domków wydziergała nazwiska. Pośrodku wsi, przy drodze, uwieczniła krzyż.

    W polu biały krzyż

    Maria Durlej dobrze pamięta stary krzyż, podobnie jak jej mąż. Ludzie często przychodzili tu, by się pomodlić, bo do kościoła w Łagowie było siedem kilometrów. Przed krzyżem odprawiali nabożeństwa majowe, a nowożeńcy składali kwiaty. Aż przyszedł 1939 r. W okolicznych lasach znajdowały schronienie oddziały partyzanckie. W Batalionach Chłopskich walczyli Stanisław i Marian, synowie Antoniego Augustowskiego. Tego samego, który postawił krzyż. Modlili się tutaj partyzanci różnych ugrupowań, którzy w miejscowych lasach znajdowali świetne schronienie. I wszyscy prosili, by Bóg chronił ich przed kulami nieprzyjaciół. Już pod koniec wojny przechodził tędy front, prawie wszystko zostało zniszczone. Wokół pozostały jedynie ruiny i zgliszcza. Tylko krzyż stał przy drodze. Witał mieszkańców powracających z wysiedlenia i wojennej tułaczki. Po wielu latach, gdy wioska już przestała istnieć, stary krzyż trafił do budynku po byłej szkole w Sędku, gdzie będzie izba pamięci narodowej. Nowy, w 90. rocznicę odzyskania niepodległości, ufundował wnuczek Antoniego, Mirosław Augustowski.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół